środa, 12 października 2016

GRECKI PASZTET - ALEK ROGOZIŃSKI „MORDERSTWO NA KORFU”

„Morderstwo na Korfu” to druga powieść w dorobku Alka Rogozińskiego i drugie spotkanie z zabójczo zabawnym duetem: autorką romansów Joanną i jej przyjaciółką, a zarazem managerką, Betty. Tym razem Joanna, wykończona psychicznie wydarzeniami z poprzedniego tomu, oraz zobligowana nieuchronnie zbliżającym się terminem oddania do wydawnictwa kolejnego romansu, którego jeszcze nie zdążyła napisać ani strony, postanawia wyjechać na krótki urlop do Grecji. Zostaje jej polecony urokliwy pensjonat na Korfu, „Villa Zeus”, którego właściciel, Stefanos, prezentuje wyjątkowo dziwną fanaberię i gości wyłącznie Polaków. Joanna, jako polska celebrytka, dostaje zaproszenie do willi na pobyt all-inclusive. Nie spodziewa się, że jedną z pierwszych atrakcji będzie morderstwo Stefanosa…

Tym razem Rogoziński funduje nam klasyczną fabułę kryminału, przypominającą największe bestsellery Agaty Christie, albo nasz rodzimy przebój „Wszystko czerwone” Joanny Chmielewskiej – mianowicie Stefanos pada ofiarą morderstwa w bardzo konkretnych okolicznościach, podczas prywatnej kolacji w odciętym od publiki obiekcie, jest więc wiadome, że ubił go któryś z jego gości. W ograniczonym gronie podejrzanych na pierwszy plan wychodzą ukryte motywy i już wkrótce okazuje się, że absolutnie KAŻDY  z gości Greka miał całkiem niezły powód by go sprzątnąć.

Muszę przyznać, że taka klasyczna zagadka kryminalna należy do moich ulubionych scenariuszy, więc zabrałam się za lekturę z podwójną przyjemnością i nie zawiodłam się. Fabuła jest poprowadzona sprawnie i logicznie, wszystkie wątki ładnie się ze sobą łączą a ostateczne rozwiązanie jest bardzo satysfakcjonujące. Ale przecież Rogoziński nie pisze kryminałów tylko komedie kryminale, więc nie ma tak łatwo…

Z uwagi na fakt, że jest to moje trzecie spotkanie z prozą Alka Rogozińskiego i wiedziałam już mniej więcej co mnie czeka, tym razem się przygotowałam. Do lektury przystąpiłam będąc absolutnie sama, żeby w razie czego straszyć wybuchami wyłącznie mojego biednego psa. Odsunęłam poza zasięg rąk wszelkie płyny i przekąski, którymi mogłabym się zadławić i założyłam wygodne spodnie, żeby dodatkowo nie torturować mięśni brzucha, które wiedziałam, że będą wystawione na ciężką próbę. Ale i tak tarzając się i turlając ze śmiechu, pokwikując piskliwie i wycierając, na szczęście nieumalowane, oczy, musiałam stanowić ciekawy widok i dziękowałam mojej przezorności, że nikt mnie nie widzi.

Rogoziński i tym razem nie zawiódł – „Morderstwo na Korfu” to wybuchowa dawka humoru: od słownych przepychanek Joanny i Betty, przez zaprawione niezłą dozą złośliwości wrzutki na polskich celebrytów, po żarty na temat osławionego już lenistwa Greków. W pewnym momencie musiałam nawet przerwać lekturę i sprawdzać ja YouTube czy greckie disco jest faktycznie aż tak złe. Sprawdziłam i przyznaję rację autorowi – tego się faktycznie nie da słuchać.


„Morderstwo na Korfu” to idealna powieść na długi jesienny wieczór. Fabuła przenosi nas w piękne, ciepłe kraje, a śmianie się do rozpuku jest bardzo rozgrzewającym ćwiczeniem i pomaga walczyć z październikową chandrą.  Mam nadzieję, że to nie jest ostatnie moje spotkanie z Joanną i Betty i będą kolejne przygody tego niezwykłego duetu. Jak dla mnie im szybciej tym lepiej, bo przed nami długa, depresyjna, polska zima i śmiech będzie na wagę złota.

niedziela, 9 października 2016

MRÓZ W KOŚCIACH – REMIGIUSZ MRÓZ „EKSPOZYZJA”, „PRZEWIESZENIE” I „TRAWERS”

Na wstępie chciałabym zaznaczyć, że nie cierpię Remigiusza Mroza, ponieważ śmie on bezczelnie realizować wszystkie moje skryte marzenia. Facet ma 29 lat, jest doktorem prawa, co kilka miesięcy wypuszcza na rynek nowy bestseller, a do tego jeszcze ma czas wyczynowo biegać i jest całkiem przystojny. I jak go tu nie nienawidzić? :)

Jednocześnie koło książek Mroza nie można przejść obojętnie, może dlatego, że to nazwisko jest obecnie bardzo gorące (pun intended) i pojawia się dosłownie wszędzie i, moim zdaniem, po prostu wypada je znać, jeśli ktoś interesuje się polską literaturą kryminalną. Moją przygodę z twórczością Remigiusza Mroza zaczęłam, niestety, od powieści „W cieniu prawa”, która, jak potem doczytałam w recenzjach, uważana jest za najsłabszą w jego dorobku, bo pisaną na kolanie, w przerwach między tworzeniem i obroną pracy doktorskiej. No, jak on takie powieści tworzy w antrakcie to niech go cholera…. „W cieniu prawa” ma co prawda swoje słabe strony ale i tak jest to bardzo dobra książka, chętnie więc sięgnęłam po trylogię z komisarzem Forstem, tym bardziej, że z okładek krzyczy wiadomość,  że prawa do ekranizacji zostały sprzedane, więc wiem, że Telewizja Polska zaraz to dokumentnie spieprzy, a zatem trzeba szybko czytać zanim mi to obrzydzą. W dodatku z okładki trzeciego tomu Borys Szyc odgraża się, że chce w tym zagrać, więc już wiem, że będzie źle z tą ekranizacją i trzeba się cieszyć powieściami  póki istnieją tylko na papierze.

Akcja trylogii rozgrywa się w polskich Tatrach. Zaraz na początku pierwszego tomu zostaje na Giewoncie znalezione ciało, groteskowo przyczepione do słynnego krzyża. W sprawę angażuje się komisarz Wiktor Forst, do pomocy dokooptując sobie rzutką dziennikarkę Olgę Szrebską. Razem wplątują się w śledztwo, które prawie natychmiast mocno się komplikuje i zmusza naszych bohaterów do balansowania na granicy prawa…

Jeśli chodzi o treść to nie będę zdradzać nic więcej, ponieważ trylogia jest ze sobą bardzo mocno powiązana i musiałabym sadzić tutaj straszne spoilery, czego nikt chyba nie chce, powiem więc tylko, że fabuła jest bardzo sensownie rozpisana na wszystkie tomy, w książkach wiele się dzieje, losy bohaterów strasznie się plączą, akcja jest często naprawdę ostra, a trup ściele się gęsto. Mróz ewidentnie nie boi się dramatycznych scen i mocnych, czasami wręcz drastycznych rozwiązań. Razem z Forstem i Szrebską podróżujemy do najniebezpieczniejszych rejonów Europy i przeżywamy z nimi naprawdę ciężkie chwile. Czasami nie mogłam się opanować i głośno wciągałam powietrze w szoku, że Mróz nie bał się opisywać TAKICH  rzeczy i mam dla niego duży szacunek za to, że jedzie po bandzie.

W trzecim tomie akcja wraca w polskie Tatry i wtedy Mróz pokazuje w pełnej krasie swoją głęboką wiedzę i wielką pasję górołaza. To widać w każdej scenie, w każdym opisie. Tatry w jego powieści są jednocześnie piękne, majestatyczne i śmiertelnie niebezpieczne.  Wszystkie sceny dziejące się na szlaku były doskonale skonstruowane i czytałam je z prawdziwą przyjemnością. Rewelacyjne są też zakończenia każdej części – szokujące, nieprzewidywalne, dosłownie wbijają w fotel.

Jedynym, co irytowało mnie w trylogii był główny bohater. Wiktor Forst to postać, której właściwie nie da się polubić. Arogancki dupek, przekonany o swojej wyjątkowości i przewadze nad innymi (w sumie nie wiadomo dlaczego, ponieważ jest zwykłym policjantem, bez żadnych większych dokonań), natychmiast antagonizuje absolutnie WSZYSTKICH dookoła i właściwie pakuje się w większość kłopotów na własne życzenie. Brak mu szacunku do innych, nawet do tych, którzy naprawdę usiłują mu pomóc. W dodatku jest niechlujny i, dla mnie osobiście, lekko obrzydliwy. Gdyby wyciąć wszystkie sceny, w których żuje gumę, pali papierosa albo myśli o żuciu gumy albo paleniu papierosa, każdy tom byłby pewnie o 100 stron krótszy.

Pomimo tego zarzutu, serdecznie polecam tatrzańską trylogię Remigiusza Mroza wszystkim fanom dobrego, mocnego kryminału z pięknymi górskimi krajobrazami w tle. Moja rada jest jednak taka, żeby od razu zaopatrzyć się we wszystkie tomy, ponieważ zakończenie każdego z nich domaga się natychmiastowej lektury następnego, a przy ostatnim robi się przykro, że to już koniec.


sobota, 8 października 2016

BABA Z JAJAMI - MAGDALENA WALA "MARIANNA"

Czasami zdarza się tak, że czytając opis jakiejś książki, a nawet jej recenzję, tworzę sobie w głowie pewien jej obraz, a potem czytając samą książkę okazuje się, że ten obraz był całkowicie błędny. Często wiąże się to z gorzkim rozczarowaniem (jak w przypadku wspomnianego kilka recenzji temu gniota „Mąż potrzebny na już”), czasami natomiast przeżywam bardzo miłe zaskoczenie. Tak było w przypadku „Marianny”.

Wnioskując z opisu na okładce, myślałam, że „Marianna” to historia kobiety rozdartej między patriotyzmem, który pcha ją do walki w powstaniu listopadowym, a presją społeczną, która ze względu na jej płeć będzie pchać ją w kierunku małżeństwa. Spodziewałam się, że tytułowa bohaterka, przyciśnięta przez rodzinę, zgodzi się na małżeństwo z rozsądku i potem ewentualnie będzie wciągać niechętnego, ale coraz bardziej w niej zakochanego męża do konspiracyjnej działalności narodowo-wyzwoleńczej. Nic bardziej mylnego.

Przede wszystkim fabuła powieści (oprócz prologu) ma już miejsce po upadku powstania, więc żadne walki i konspiracje nie wchodzą w grę. Marianna w powstaniu była, walczyła w nim przebrana za faceta, pokonała wszelkie trudności i wreszcie, wycieńczona głodem, chłodem i z wyraźnymi symptomami stresu pourazowego, wraca do domu. Tymczasem w domu nie jest różowo i jedyną opcją młodej kobiety wydaje się faktycznie ucieczka w małżeństwo. Kandydat nawet jest – co prawda na drugim końcu kraju (ale to akurat dobrze, bo Marianna ma u siebie nie za ciekawą reputację), w dodatku młody, przystojny, bogaty i utytułowany. Brzmi zbyt dobrze by mogło być prawdą? Oczywiście! Dopiero bowiem przyjeżdżając do swych nowych włości, Marianna odkrywa mroczne sekrety swojego małżonka, które mogą zakłócić ich wspólną przyszłość.

„Marianna” to prawdziwy misz-masz gatunków. Z jednej strony mamy tutaj wątki niczym z „Trędowatej” i pełną romantyzmu atmosferę rodzącego się uczucia, z drugiej zagadkę rodem z „Rebeki” Daphne du Maurier, przeplecione nieco atmosferą prozy Jane Austen i klimatem „Jane Eyre”. Wszystko to składa się jednak w sensowną i dostarczającą dużo rozrywki całość głównie dzięki postaci głównej bohaterki, ponieważ Marianna to osóbka niezwykła – prawdziwa „baba z jajami”: niepokorna, wygadana, zdecydowana, namiętna, inteligentna, odważna i bardzo, bardzo kobieca. Taką bohaterkę była w stanie zaakceptować od samego początku i chętnie jej kibicowałam. Mąż Marianny – Michał oraz jej teściowa również okazują się ciekawymi, świetnie napisanymi postaciami, a była koleżanka szkolna głównej bohaterki, Klementyna, stanowi tak zwane „comic relief” w kluczowych momentach jednocześnie irytując i bawiąc swoim zachowaniem.

Można się czepiać, że Marianna jak na swoje czasy jest zdecydowanie zbyt współczesna w swoim sposobie myślenia i postępowania, ale wydaje mi się, że z uwagi na fakt, że ta powieść nie pretenduje do miana eposu historycznego, a stanowi bardziej przykład literatury kobiecej, można autorce i samej Mariannie to wybaczyć. Moim zdaniem jest to wręcz zaleta powieści, ponieważ czyni ją bardziej zrozumiałą i atrakcyjną dla współczesnej czytelniczki.


„Marianna” to lektura lekka, przyjemna i ciekawa. Mamy tu elementy romansu oraz całkiem niezłą zagadkę kryminalną, do tego okraszoną niemałą dawką humoru, a wszystko przepełnione kobiecością w moim ulubionym wydaniu – silną i bezkompromisową. Wszystkie bohaterki „Marianny” udowadniają, że inteligentna i „charakterna” kobieta może sobie bez problemu poradzić nawet w typowo męskim świecie. Książkę serdecznie polecam wszystkim paniom na poprawę humoru. Nie trzeba się nawet pasjonować historią, żeby lektura tego romanso – kryminału z powstaniem listopadowym w tle sprawiła nam wiele przyjemności.

środa, 14 września 2016

KOD DA VINCI MADE IN POLAND - LESZEK HERMAN „SEDINUM”

Na książkę Leszka Hermana natknęłam się w Empiku. Stała sobie na półce z polską literaturą, taka piękna, gruba (prawie 800 stron), kusząc z okładki fragmentem renesansowego portretu. Szybkie spojrzenie na opis fabuły i kilka krótkich recenzji z internetu przekonały mnie, że to może być książka idealna dla mnie. Okazało się, że tym razem intuicja (i blogosfera) mnie nie zawiodła.

„Sedinum” w większości recenzji jest porównywane do „Kodu Leonarda Da Vinci” Dana Browna. To nie jest pierwsza książka (ani nawet nie setna), która jest porównywana do międzynarodowego bestselleru Browna,  często takie opisy można znaleźć nawet na okładkach powieści przygodowych, co potem w większym lub mniejszym stopniu pokrywa się z zawartością, ale tym razem uważam to nawiązanie za jak najbardziej trafne.

Akcja książki zaczyna się mocnym akcentem. W centrum Szczecina zapada się nowoczesny wieżowiec, odsłaniając przez przypadek wejście do starych podziemi miasta, a w nim niemiecką ciężarówkę z czasów drugiej wojny światowej z trupem żołnierza w środku. Zarówno historyczny ładunek ciężarówki jak i tajemniczy list, który kurczowo ściska w dłoni nieboszczyk prowadzą do skomplikowanych i nawarstwiających się tajemnic związanych z burzliwymi dziejami Szczecina. Tropem zagadki podąża architekt Igor, dziennikarka Paulina oraz Johann – młody, bogaty Anglik o niemieckich korzeniach. To niecodzienne trio musi jednak zmierzyć się nie tylko z tajemnicami Pomorza, ale również z potężnymi wrogami, którzy również chcą dojść do sedna zagadki.

Leszek Herman w mistrzowski sposób zbudował fabułę wciągającej powieści przygodowej za sprawą bardzo intrygującej tajemnicy oraz sympatycznych, inteligentnych bohaterów, którym bardzo łatwo kibicować. Igor, Paulina i Johann nie są może typowymi poszukiwaczami skarbów, ale ich młodość, inteligencja i entuzjazm pomagają im dojść do sedna tajemnicy nie tylko sprawnie, ale również w logiczny i wiarygodny sposób. Z drugiej strony czarne charaktery też są całkiem nieźle wykreowane, a plącząca się w samym środku tej historii była żona Igora stanowi jedną z najciekawszych postaci drugoplanowych książki.

Najmocniejszym akcentem powieści jest jednak, moim zdaniem, sama intryga oparta na burzliwej historii Szczecina i Pomorza. Okazuje się, że ten rejon Polski może bez problemu konkurować z Paryżem i Londynem z powieści Dana Browna. Szczecin jawi się w książce Hermana jako miasto o długich i skomplikowanych dziejach, niezwykłych władcach, tajemniczych stowarzyszeniach i zagadkach architektonicznych. Okazuje się, że nie tylko europejskie metropolie kryją w sobie wielowiekowe kody i symbole i wcale nie trzeba daleko szukać, żeby natknąć się na masonów i templariuszy. Po przeczytaniu „Sedinum” nabrałam ochoty, żeby natychmiast wybrać się na wycieczkę do Szczecina, który okazał się zdecydowanie bardziej interesującym miastem niż kiedykolwiek przypuszczałam.


Sam styl narracji Leszka Hermana jest elegancki i klarowny, dlatego książkę czyta się bardzo szybko i przyjemnie, nie ma w niej dłużyzn i nie da się przy niej nudzić. Zdecydowanie polecam tę pozycję wszystkim fanom zagadek z przeszłości i poszukiwania skarbów oraz wszystkim tym, którzy historię Polski uważają za jeszcze nie do końca zgłębioną. Myślę również, że fani przygód Roberta Langdona na pewno będą się świetnie bawić przy ich polskim odpowiedniku. Ja natomiast wpisuję Leszka Hermana na listę polskich autorów, których twórczość będę śledzić.

wtorek, 30 sierpnia 2016

MORDERSTWO ŚMIECHU WARTE - ALEK ROGOZIŃSKI "JAK CIĘ ZABIĆ, KOCHANIE"

Niedawno pisałam tutaj entuzjastyczną recenzję pierwszej książki Alka Rogozińskiego „Ukochany z piekła rodem”, przy której pisaniu, jestem przekonana, pomagała mu z zaświatów Joanna Chmielewska. Książka spodobała mi się na tyle, że natychmiast zamówiłam sobie egzemplarz najnowszej powieści Rogozińskiego „Jak cię zabić, kochanie?”, dość zresztą ostatnio intensywnie recenzowanej w blogosferze książkowej. Z przyjemnością zawiadamiam, że i tym razem nie zawiodłam się i spędziłam bardzo przyjemny wieczór w  towarzystwie tego autora.

„Jak cię zabić, kochanie?” to komedia pomyłek z lekką nutką kryminału. Główną bohaterką powieści jest trzydziestoletnia Kasia, która staje przed trudnym życiowym wyborem: jej postrzelona ciotka z Ameryki zapisała jej w testamencie jakieś nieokreślone bliżej góry pieniędzy, ale pod warunkiem, że doczeka się z mężem potomka w określonym terminie. Tymczasem termin zbliża się wielkimi krokami, potomka brak, a mąż Kasi zaczyna ją potężnie wkurzać. Na szczęście w testamencie ciotki jest też klauzula pozwalająca Kasi odziedziczyć fortunę w dolarach w przypadku opuszczenia przez wyżej wspomnianego małżonka tego łez padołu. Zaradna Kasia postanawia więc zamordować swoją drugą połowę. Jednocześnie do spadku po ciotce pchają się przedstawiciele kościoła, będącego drugim w kolejce beneficjentem, na czele z dwiema bardzo podejrzanymi zakonnicami…

W trzeciej z kolei powieści Alka Rogozińskiego zaczyna się wyraźnie klarować styl autora. Mniej już wieje z jego prozy Chmielewską, mniej jest jej firmowych określeń, za to więcej samego Rogozińskiego, który ewidentnie uwierzył w siebie i swoje możliwości i zaczął rozwijać skrzydła, co wyszło mu zdecydowanie na dobre, ponieważ „Jak cię zabić, kochanie?” jest o wiele zabawniejsze niż „Ukochany z piekła rodem”.

Już sam początek powieści jest rewelacyjny. Scena, w której Kasia planuje zabójstwo męża, jednocześnie piorąc już obrusy na stypę jest nie tylko niesamowicie śmieszna, ale też pokazuje unikalne zrozumienie autora dla kobiecego sposobu myślenia i kobiecej logiki, za co Rogoziński ma u mnie duży plus. Potem, oczywiście, akcja pięknie się rozkręca, jak to w komedii pomyłek. Niektóre wątki są bardziej realne, inne mniej, ale wszystkie są bardzo zabawne. W środku zaś jest scena, która doprowadziła mnie do stanu, w jakim nie byłam odkąd pierwszy raz przeczytałam „Lesia”. Czytałam sobie spokojnie, chichocząc dość często po cichu, kiedy nagle poczułam, że w środku robi mi się coś strasznego. Fala śmiechu wydobyła się gdzieś z głębi moich trzewi, wykręciła mnie w dziwnym paroksyzmie, żeby wreszcie wydostać się na zewnątrz w postaci dzikiego kwiku połączonego z rechotem, czkawką oraz łzami. W tym momencie cieszyłam się tylko, że znajduję się w zaciszu własnej sypialni i zdołałam jedynie wystraszyć śpiącego błogo psa. Przysięgam, że gdybym czytała tę scenę w miejscu publicznym, zostałabym zapewne uznana za wariatkę. W dalszej części książki jest zresztą jeszcze kilka takich perełek, więc te mało eleganckie kwiki wydobywały się ze mnie w miarę regularnie.

Właściwie znów mam w przypadku prozy Alka Rogozińskiego tylko jedną pretensję, mianowicie fakt, że książka za szybko mi się skończyła – jeden wieczór, cóż to jest? Jednocześnie uważam jej zakup za świetną inwestycję, ponieważ, jak wiadomo, śmiech to zdrowie, chociaż moje mięśnie brzucha nie były chyba przygotowane na tak potężną dawkę humoru. Po skończonej lekturze zaczęłam tę pozycję podtykać wszystkim dookoła, z przyjemnością słuchając chichotu kolejnych czytelników. Cieszę się, że mogłam się tym śmiechem podzielić z innymi w moim otoczeniu i mam cichą nadzieję, że dzięki tej recenzji może ktoś jeszcze przeczyta „Jak cię zabić, kochanie?” i również poprawi sobie humor. Ale czujcie się ostrzeżeni – czytanie w miejscach publicznych, szczególnie w naszym ponurym i skłonnym do narzekań społeczeństwie, może skutkować narobieniem sobie obciachu, względnie skierowaniem na badania psychiatryczne. Ale i tak warto :)



MÓZG (MĄŻ) POTRZEBNY NA JUŻ – MAŁGORZATA FALKOWSKA

Uwaga! Uwaga! Uprzedzam lojalnie, że recenzja zawiera  spojlery jak stąd do Afryki.

O, blogosfero książkowa, jakże mnie zawiodłaś! Do tej pory myślałam, że mogę na Tobie polegać i radośnie inwestować fundusze w dobre, sprawdzone książki a tymczasem taka wtopa…

Na jednym z bardzo przeze mnie lubianych blogów książkowych natknęłam się na recenzję książki „Mąż potrzebny na już”. Recenzja była bardzo pochlebna, powieść miała być lekka, zabawna, urocza i bardzo zgrabnie napisana. Po przeczytaniu krótkiego opisu treści miałam nadzieję na niezobowiązującą, humorystyczną komedię romantyczną, która uprzyjemni mi ostatni weekend wakacji, a tymczasem dostałam jakieś okropne, grafomańskie wypociny dla niedorozwiniętych umysłowo.
Główna bohaterka, Bernadetta Gałązka (swoją drogą jakież okropne imię bohaterki, to powinien być pierwszy sygnał ostrzegawczy, żeby tego nie czytać!) wraz ze swoimi pięcioma przyjaciółkami co roku spędza sylwestra w ten sam sposób: jest wino, są tańce i szaleństwa, jest wspólny seans „Króla Lwa” i są postanowienia noworoczne w postaci konkursu z niezłymi nawet nagrodami – w puli jest po tysiąc złotych od głowy. Postanowienia muszą jednak być poważne i trudne do spełnienia, Bernadetta postanawia więc po pijaku wyjechać z grubej rury i poprzysięga, że w ciągu najbliższego roku wyjdzie za mąż.

Berka (o Jezusie…) nie ma jednakże narzeczonego ani chłopaka, ani nawet widoków na żadnego, ale cóż to dla niej za problem! Przekonana (zupełnie zresztą bezpodstawnie) o swojej inteligencji i przebojowości, postanawia, że dwadzieścia osiem lat w staropanieństwie to już wystarczająco długo i trzeba natychmiast zorganizować sobie męża. W tym celu wymyśla sprytny plan poznania idealnego kandydata. Sprytny plan opiera się chyba na każdym banalnym zagraniu, do oporu wymęczonym przez filmowe i książkowe komedie romantyczne. W części randkowej książki mamy wszystkie klisze wszechświata: randka na siłowni, na meczu, w klubie, kurs tańca, ogłoszenia matrymonialne, swatanie, speed dating…w dodatku potencjalni partnerzy też podpadają pod najbardziej wyświechtane standardy. Jest więc: fanatyk fitnessu, playboy - podrywacz, żonaty szukający przygody, nudziarz, sknerus (a nawet dwóch), oderwany od życia naukowiec i dewot. Autorka nie próbuje nawet odrobinę wyjść poza najbardziej przerysowane schematy, każdemu facetowi poświęcając około pięciu stron i nie dając czytelnikowi możliwości zobaczenia w nich czegokolwiek poza ewidentnym świrem. Ja rozumiem, że w komediach romantycznych odrobinę przerysowana rzeczywistość ma na celu uzyskanie efektu komicznego, ale w tym przypadku autorce „odrobinę” pomyliło się z „całkowicie” i w rezultacie realizm, popiskując cichutko z zażenowania, opuścił karty powieści już po pierwszym rozdziale.

W dodatku sama Berka jest tak irytującą idiotką, że naprawdę ciężko jest jej dobrze życzyć. Tak, w każdym nowo napotkanym facecie należy wizualizować swojego przyszłego męża, najlepiej zanim jeszcze otworzy usta. Tak, to świetna strategia informować przypadkowo poznanych facetów, że chce się jak najszybciej wyjść za nich za mąż – to przecież wcale nie trąci desperacją. Tak, kręcenie biodrami, trzepotanie rzęsami i wulgarne odzywki to świetny sposób na poznanie poważnego kandydata na męża. Jeszcze lepszym pomysłem jest informowanie go o natychmiastowej chęci pójścia z nim do łóżka i nazywanie go „kotem” w pierwszej rozmowie telefonicznej. Jak to? Jemu zależy tylko na seksie bez zobowiązań? Co za świnia! Jak on mógł mnie potraktować jak tanią dziwkę! Serio? Serio?????????

Oczywiście czytelnik nie musi się wcale martwić o losy Berki, ponieważ na wyciągnięcie ręki jest największy banał wszechświata – współlokator i przyjaciel Karol, mężczyzna idealny, który w dogodnym momencie okazuje się jednak nie być gejem i zamiast tego zamienia się w zakochanego supermana, pewnym krokiem prowadzącego ukochaną w stronę upragnionego ołtarza. Mogłabym tu wstawić dodatkowe ostrzeżenie o spojlerze, ale dla każdego kto ma więcej niż dwie komórki mózgowe będzie ewidentne od początku powieści, że to Karol jest dla Berki „tym jedynym”.

Właściwie jedyna rzecz, która mnie zdziwiła w tej powieści to fakt, że Berka odkrywa swoje uczucia do Karola już mniej więcej w połowie książki a nie na samym końcu, ale kwestia szybko się wyjaśniła. Autorka chciała po prostu pofolgować sobie i opisać krok po kroku nudne przygotowania do ślubu, przy okazji zmieniając głównej bohaterce osobowość i przeistaczając ją w bezwolną amebę potulnie i posłusznie (to są przymiotniki używane przez samą autorkę) poddającą się woli narzeczonego – supermana, który co chwila ratuje wizję wymarzonego ślubu.

Drugim motywem przewodnim książki miała być babska przyjaźń i tu mnie znów ogarnął pusty śmiech, bo takiej „przyjaźni” jak żyję nie widziałam! Sześć „przyjaciółek” znających się od podstawówki spędza wspólny czas wyłącznie na ubliżaniu sobie wzajemnie. Żadna z opisanych koleżanek Berki nie wydaje się nawet odrobinę sympatyczna, wszystkie są głupie i wredne z jednym rażącym wyjątkiem Zosi, która jest tak koszmarną idiotką, że nie jest w stanie złożyć jednego poprawnego zdania w ojczystym języku. W założeniu pewnie miało być zabawnie, ale wyszło koszmarnie, szczególnie, że „przyjaciółki” regularnie szydzą z głupoty Zosi, nie zdając sobie chyba sprawy, że sam fakt utrzymywania z nią znajomości świadczy o nich jak najgorzej. Każda jedna rozmowa między kobietami opisana na łamach tej powieści to obrzydliwe i chamskie dogryzanie sobie, którego nie wyobrażam sobie nawet w najgorszej kłótni. W dodatku na samym końcu okazuje się, że „przyjaciółki” tak naprawdę kompletnie niczego o sobie wzajemnie nie wiedzą. Zajęte wyłącznie własnymi sprawami i jakimiś głupimi przepychankami przegapiły nawet ciążę jednej z nich i fakt posiadania przez nią 3 letniego dziecka oraz poważny związek drugiej. Faktycznie, głęboka „przyjaźń”.

W środku dostajemy jeszcze idiotyczne wątki poboczne typu pogrzeb chomika czy nieudana próba otrucia szefa, z której właściwie nie wiadomo co wynikło, po autorka ewidentnie sama się pogubiła. Zresztą najwyraźniej nikogo to nie obchodzi, z bohaterkami powieści na czele.

Jednym słowem powieść ukazuje kobiety w najgorszym stereotypowym wydaniu jako głupie, wredne, złośliwe, puste idiotki, które do życia potrzebują silnego męskiego ramienia i których nadrzędnym celem jest wyjście za mąż. Właściwie wszystkie relacje między kobietami w tej książce są patologiczne, Berka nienawidzi bowiem również własnej matki i siostry, a od każdej rozmowy mamy i babci Berki robiło mi się niedobrze. Do tego całkowicie przesłodzony i odrealniony Karol jako ten silny i mądry mężczyzna, który ratuje naszą głupiutką bohaterkę cierpliwie tłumacząc jej, że lewa rączka to ta z bransoletką…

To urocze dzieło dostajemy w równie uroczej oprawie. Wydawnictwo Videograf nie postarało się wcale i w książce wręcz roi się od błędów drukarskich a całość wydana jest zbyt jasną, niesamowicie męczącą czcionką.


Po przeczytaniu tej książki pozostało mi przekonanie, że zmarnowałam wydane na nią pieniądze, a przede wszystkim swój czas, bo uparłam się jak głupia, że ją doczytam do końca. Jedyna nauczka, jaką wyciągnęłam z tej przygody jest taka,  żeby przestać impulsywnie kupować wszystkie polecane na blogach książki, bo może się to skończyć nabyciem takiego koszmarku. 

wtorek, 16 sierpnia 2016

ROMANS Z TULIPANEM W TLE – DEBORAH MOGGACH „TULIPANOWA GORĄCZKA”

Ostatnio będąc w kinie obejrzałam zwiastun filmu „Tulipanowa gorączka” z Alicią Vikander i jakimś podejrzanie podobnym do młodego DiCaprio facetem w rolach głównych. Zwiastun zawierał w sobie mnóstwo interesujących mnie elementów, takich jak piękne kostiumy i rekwizyty oraz równie piękny wątek miłosny i jeszcze piękniejszą intrygę, a na końcu magiczne słowa „na podstawie bestsellera”. Natychmiast więc po wyjściu z kina poleciałam ogarniać ten bestseller, o którym mowa, święcie przekonana, że do premiery filmu pozostało niewiele czasu i muszę się bardzo spieszyć, żeby zdążyć przeczytać książkę zanim wybiorę się na to do kina, żeby móc sobie świętym prawem mola książkowego ponarzekać jaką to niedokładną adaptację zrobili i że „w książce było inaczej”. Okazuje się jednak, że do premiery filmu zostało jeszcze bardzo dużo czasu, ale ja już i tak zdążyłam książkę zaliczyć, więc chociaż nie pożałuję sobie recenzji :)

„Tulipanowa gorączka” to powieść, której akcja rozgrywa się w siedemnastowiecznej Holandii. Główną bohaterką książki jest Sophia, młoda kobieta, która zostaje wydana za dużo starszego zamożnego kupca Cornelisa. Trzy lata po ślubie Sophia wydaje się zupełnie zadowolona ze swojego życia, ale wszystko zmienia się, kiedy w jej progi zawita młody malarz Jan Van Loos, zakontraktowany przez Cornelisa żeby namalować ich portret małżeński. Wtedy właśnie Sophia po raz pierwszy poznaje, co to znaczy prawdziwa namiętność. Początkowo młodzi zakochani spotykają się wyłącznie przy okazji, ale, jak to zwykle bywa, apetyt rośnie w miarę jedzenia, wkrótce obmyślają więc karkołomny plan, dzięki któremu będą mogli być razem na zawsze. Częściami składowymi tego planu są również służąca Sophii, Maria, sama będąca w niezwykle trudnej sytuacji, oraz spekulacje cebulkami tulipanów.

Akcja powieści jest bardzo dynamiczna i niezwykle szybko posuwa się do przodu. Właściwie od strony pięćdziesiątej do końca jest to jedna wielka patatajka, bez żadnych dłużyzn. Z jednej strony to dobrze, bo dzięki temu książkę czyta się szybko i wzbudza wiele emocji, z drugiej jednak zabrakło mi rozwinięcia wątku spekulacji cebulkami tulipanów. Szaleństwo to, które ogarnęło Holandię w siedemnastym wieku, przypominało mocno współczesną grę na giełdzie, lecz fakt, że tym razem chodziło o coś tak ulotnego i delikatnego jak kwiaty, czynił całą tę sytuację o wiele bardziej kuriozalną. Liczyłam, że w powieści, której tytuł nawiązuje do tego unikalnego historycznego fenomenu, będziemy mieli dobrze rozwinięty wątek spekulacji, ale, niestety, pojawia się on niejako przy okazji i w bardzo okrojonej formie. Co prawda zakończenie tego wątku to prawdziwa „poetycka sprawiedliwość”, ale dla mnie to jednak nieco za mało, tym bardziej, że powieść ma zaledwie 244 strony, więc z powodzeniem można ją było nieco wydłużyć.

Mocnym akcentem książki są za to bohaterowie. Każdy rozdział skupia się na innym z nich, mamy więc pięknie splecione wątki Sophii, Jana, Cornelisa, lecz także służącej Sophii – Marii i jej ukochanego Willema, oraz jeden kluczowy rozdział śledzący służącego Jana – Gerrita. Dzięki temu czytelnik ma wgląd zarówno w perypetie wszystkich bohaterów, jak i w ich sposób myślenia i postrzegania świata. Postać Sophii wzbudziła we mnie mnóstwo współczucia. Jest to świetnie nakreślony portret młodej kobiety uwikłanej w małżeństwo z rozsądku, która próbuje radzić sobie w tej sytuacji najlepiej jak potrafi. Kiedy jednak po raz pierwszy w życiu autentycznie się zakochuje, nagle mąż zaczyna jej ciążyć jak jarzmo, a wypełnianie obowiązków małżeńskich zaczyna napawać ją przerażeniem i obrzydzeniem przywodząc ją do coraz bardziej desperackich kroków. Kulturowo utarło się, że starsi, bogaci mężczyźni zawsze szukali sobie dużo młodszych i atrakcyjniejszych partnerek. Ta książka dobitnie pokazuje idiotyzm takiego układu i okropną mękę kobiety do niego zmuszonej. Jednocześnie rozdziały pisane z perspektywy Cornelisa pokazują jak bardzo był on nieświadomy tej sytuacji, jak bardzo nie zastanawia się nad tym, że zaloty sześćdziesięciojednoletniego starucha do dwudziestoletniej dziewczyny są niesmaczne, a seks z nim raczej nie stanowi szczytu jej marzeń. Jednocześnie nie da się przeoczyć faktu, że Cornelis jest w gruncie rzeczy dobrym i uczciwym człowiekiem, który nie zasługuje na los, który szykuje mu żona. To właśnie olbrzymi konflikt moralny jest sercem tej powieści i ten wątek jest, moim zdaniem, poprowadzony rewelacyjnie.

 Dodatkowym smaczkiem powieści jest wątek siedemnastowiecznego holenderskiego malarstwa, pięknie wyeksponowany i wpleciony w główną akcję. Dla miłośników sztuki te fragmenty książki stanowią prawdziwą perełkę, dzięki nim ma się wrażenie, że niektóre słynne dzieła holenderskich mistrzów ożywają na kartach książki, że sceny na nich przedstawione nabierają głębi i ostrości, obrastają w swoją unikalną historię. Czytając „Tulipanową gorączkę” miałam pod ręką tableta i oglądałam w internecie wspominane w powieści obrazy, co bardzo podnosiło walory lektury.

Bardzo satysfakcjonujące jest dla mnie również zakończenie. Autorka ciekawie i logicznie pozamykała wszystkie wątki, co sprawiło, że po zakończeniu lektury miałam same przyjemne wrażenia. Nie ma tutaj niedopowiedzeń ani otwartych zakończeń, za co jestem autorce głęboko wdzięczna.

„Tulipanową gorączkę” polecam wszystkim wielbiciel(k)om romansów, powieści historycznych oraz fanom holenderskiego malarstwa. To krótka, ale bardzo satysfakcjonująca wycieczka do siedemnastowiecznego Amsterdamu, idealnie oddająca klimat tego miasta w okresie jego największego rozkwitu i upadku i skłaniająca do rozważań nad ludzką naturą.