niedziela, 18 grudnia 2016

„MAGIA KŁAMSTWA” PO POLSKU – MAŁGORZATA ŁATKA „KAMFORA”

Na zakup książki Małgorzaty Łatki zdecydowałam się natychmiast po przeczytaniu opisu i jednej pozytywnej recenzji na internetowym blogu. Powód jest prosty – motyw przewodni powieści czyli rozwiązywanie zagadki kryminalnej za pomocą analizy mowy ciała jest dla mnie wyjątkowo interesujący. Kilka lat temu nadawano bardzo ciekawy serial z Timem Rothem w roli głównej. Oryginalny tytuł to „Lie to Me”, polski -  „Magia kłamstwa”. Roth grał w nim specjalistę od mowy ciała, szczególnie od analizy tzw. „mikroekspresji” czyli pojawiających się na naszych twarzach nieświadomie, na ułamek sekundy wyrazów, które pozwalają rozpoznać takie uczucia jak kłamstwo, wstyd, pogarda czy pożądanie i dzięki temu poznać prawdziwe intencje człowieka, niezależnie od tego, co zdecyduje się nam powiedzieć. Temat wydał mi się wyjątkowo interesujący i od tego czasu staram się go zgłębiać w wolnych chwilach.

„Kamfora” to powieść, w której ten motyw stanowi oś fabuły. W Krakowie dochodzi do kilku niezwykle brutalnych morderstw na młodych kobietach. Z początku wydaje się, że ofiary nie mają ze sobą absolutnie nic wspólnego, ale wkrótce okazuje się, że może je łączyć pewna cecha. Prowadzący śledztwo młody, rzutki i inteligentny komisarz Jakub Zagórski zwraca się o pomoc do specjalistki od mowy ciała Leny Zamojskiej. Razem opracowują ryzykowny i niebezpieczny plan schwytania mordercy, który może okazać się śmiertelnie niebezpieczny…

Oprócz niezwykle ciekawej i dobrze poprowadzonej fabuły, która idealnie ukazuje niebezpieczeństwa czyhające na młode, samotne kobiety w dwudziestym pierwszym wieku, „Kamfora” ma dla mnie jeszcze jeden dodatkowy atut: po raz pierwszy od niepamiętnych czasów ukazana jest w polskiej powieści kryminalnej skuteczna, owocna i dobrowolna współpraca policji z zewnętrznym specjalistą. Zarówno u Miłoszewskiego jak i Mroza czy Bondy główny bohater – czy to prokurator czy behawiorysta, stał zawsze sam po przeciwnej stronie barykady niż organy ścigania, których głównym zadaniem zdawało się być rzucanie mu kłód pod nogi i podkładanie świni przy każdej okazji. U Łatki jest wręcz przeciwnie – policja sama wpada na genialny pomysł poproszenia Zamojskiej o pomoc i traktuje jej sugestie z szacunkiem zamiast wyśmiewać badanie mikroekspresji jako nauki przydatnej w ujęciu sprawcy. Przedstawienie polskiej policji jako służb, które zdały sobie sprawę z wejścia świata w dwudziesty pierwszy wiek, chętnych i gotowych do korzystania ze zdobyczy behawioryzmu jest jak powiew świeżego powietrza na scenie polskiego kryminału. Naprawdę, chętnie przeczytałabym więcej książek, w których polska policja i system prawny do czegokolwiek się nadają – choćby tylko „ku pokrzepieniu serc” :)

„Kamfora” to naprawdę solidny kryminał, z logiczną i sensowną fabułą, dobrze nakreślonymi bohaterami i ciekawą zagadką. Małgorzata Łatka w swojej drugiej powieści udowadnia, że ma już świetnie wyrobione pióro i doskonały warsztat pisarski. Zabawne dla mnie jest to, że z okładkowego blurba książkę poleca Joanna Opiat-Bojarska, a po przeczytaniu „Bestsellera” tej autorki mam wrażenie, że powinno być odwrotnie, bo Opiat-Bojarska ma się czego od Łatki uczyć.


„Kamforę” polecam wszystkim fanom rasowych kryminałów, szczególnie polskich, oraz wszystkim osobom zainteresowanym tematem analizy mowy ciała. Mam nadzieję, że „Kamfora” okaże się pierwszym tomem z cyklu o Zagórskim i Zamojskiej, bo ta para bohaterów ma świetną chemię i potencjał na wiele emocjonujących przygód. Mam również nadzieję, że nazwisko Małgorzaty Łatki będzie niedługo lepiej rozpoznawalne w kanonie polskiego kryminału, ponieważ, moim zdaniem, autorka naprawdę na to zasługuje.


niedziela, 20 listopada 2016

KRWAWA SYMFONIA - REMIGIUSZ MRÓZ „BEHAWIORYSTA”



W ostatniej recenzji dotyczącej twórczości Remigiusza Mroza wspomniałam, że nie znoszę tego autora, ponieważ swoimi niesamowitymi sukcesami wzbudza on u mnie (i chyba u każdego) poczucie klęski. Patrząc na rząd bestsellerów Mroza kończą mi się wymówki, dlaczego jeszcze nie zdążyłam napisać i wydać własnej powieści, co stanowi od lat moje wielkie marzenie. Mam wrażenie, że jeśli mi się to kiedyś uda to tylko na złość Mrozowi :)

Teraz jednak dochodzę do wniosku, że w grę wchodzą siły nadprzyrodzone. Remigiusz Mróz albo jest wampirem albo podpisał pakt z diabłem, bo przecież normalny człowiek nie da rady produkować książek w takim tempie! I to nie byle jakich książek, tylko jednych z najlepszych kryminałów na polskim rynku wydawniczym. Okazuje się, że Mróz pisze nie tylko coraz szybciej, ale w dodatku coraz lepiej.

Na jego ostatnią książkę (a w chwili pisania tej recenzji chyba przedostatnią, bo cóż to jest dla Mroza wydawać dwie powieści miesięcznie) czekałam z wyjątkowym utęsknieniem, zachęcona ciekawym tytułem i świetną, minimalistyczną okładką (która, jak się okazuje w trakcie czytania, ma wiele wspólnego z treścią). Od dawna interesuje mnie behawioryzm i jego rola w rozwiązywaniu spraw kryminalnych. Niedawno czytałam rewelacyjny kryminał Małgorzaty Łatki „Kamfora”, w którym  specjalistka od mowy ciała pomaga policji ująć seryjnego mordercę. „Behawiorysta” porusza poniekąd podobne kwestie.

Bohaterem „Behawiorysty” jest Gerard Edling – były prokurator i najwybitniejszy chyba behawiorysta w Polsce, specjalista od komunikatów niewerbalnych. Oczywiście, jak to u Mroza, nasz bohater jest na bakier z władzami i kolegami po fachu. W momencie rozpoczęcia powieści Gerard jest już BYŁYM prokuratorem, zwolnionym dyscyplinarnie, okrytym niesławą i szczerze znienawidzonym przez wszystkich dookoła (łącznie, zdaje się, z własną żoną i synem). Kiedy jednak zamachowiec zajmuje przedszkole w Opolu, rozpoczynając dziwaczny i niezrozumiały „koncert krwi”, który opiera się na niewyobrażalnym wręcz bestialstwie i niemoralnych wyborach, zrozpaczona policja w postaci byłej podopiecznej Edlinga zwraca się do niego z prośbą o pomoc. Wkrótce Behawiorysta zostaje wciągnięty w skomplikowaną i koszmarną grę psychopaty, której finału nie da się przewidzieć.

Akcja powieści jest po prostu niesamowita. Zawsze szanowałam Remigiusza Mroza za odważnie, często brutalne rozwiązania, ale teraz autor przeszedł samego siebie. Trup się ściele gęsto i to w tak wymyślny sposób, że czasami po prostu brakuje tchu. Książkę czytałam w takim tempie i napięciu, jakbym oglądała dobry, wysokobudżetowy amerykański thriller. Akcja goni akcję, napięcie sięga zenitu, a za każdym razem, kiedy myślałam „no nie, nie odważysz się tego napisać!” Mróz się odważał i to w dodatku w sposób, który przerastał moje najśmielsze oczekiwania.

W dodatku, w przeciwieństwie do lekko obrzydliwego dla mnie komisarza Forsta z tatrzańskiej trylogii Mroza, Gerard Edling okazał się rewelacyjną postacią. Rzadko udaje się pisarzowi wykreować tak niesamowicie oryginalnego i charakterystycznego bohatera. Edlinga mogłabym spokojnie postawić w jednym rzędzie z Sherlockiem Holmesem, czy doktorem Housem. Jego geniusz zawodowy miesza się bowiem z szalenie charakterystycznym sposobem bycia, który jest konsekwentny do ostatniego szczegółu. Edling jest dżentelmenem w każdym calu, porządny do przesady, nieskazitelnie wychowany i przywiązujący niezwykłą wagę do zasad savoir vivre’u, nawet w samym środku koszmarnego śledztwa nie spuszcza z tonu nawet na sekundę.

To właśnie świetnie wykreowany główny bohater w połączeniu z szybką i pełną napięcia akcją, czyni z „Behawiorysty”, moim zdaniem, thriller idealny. Jestem może odrobinkę rozczarowana zakończeniem, które ma dla mnie za dużo podobieństw w trylogią tatrzańską, ale z drugiej strony świetnie pasuje do dramatycznej akcji powieści. Mimo wszystko mam nadzieję, że Gerard Edling powróci jeszcze w innej powieści Remigiusza Mroza, ponieważ jest to zbyt dobra postać, żeby ją tak marnować na jedną książkę :)

Na koniec zostawię sobie jeden wyraźny zgrzyt. Jak już wspominałam na początku tej recenzji, wyjątkowo podoba mi się okładka książki – ponura, minimalistyczna, symboliczna. Dlatego tym bardziej razi mnie blurb od Tess Gerritsen na samym środku, tuż pod tytułem. Dla każdego kto trochę orientuje się w rynku wydawniczym jest jasne, że te „celebryckie” blurby rzadko są zgodne z prawdą i powstają wyłącznie na potrzeby marketingu, tym razem jednak marketingowcy dość konkretnie przegięli, bo niby w jaki sposób Tess Gerritsen miałaby przeczytać „Behawiorystę”, żeby móc go tak entuzjastycznie polecać z okładkowego blurba? W jakim języku przyswajała tę powieść? Książka ledwie schodzi z prasy drukarskiej, a ja mam wierzyć, że równolegle powstało angielskie tłumaczenie specjalnie po to, żeby pani Gerritsen mogła sobie na nie w wolnej chwili rzucić okiem i się zachwycić? Bzdura i to bzdura ewidentna, równie subtelna jak product placement w „Klanie”. Wydaje mi się, że „Behawiorysta” to książka tak dobra, że broni się sama, bez takich manewrów.


I to by było na tyle jeśli chodzi o krytykę, ponieważ, moim zdaniem „Behawiorysta” to absolutnie najlepsza książka Remigiusza Mroza i prawdziwa jazda bez trzymanki. Polecam ją wszystkim fanom mocnych thrillerów – nie będziecie w stanie jej odłożyć, póki nie wybrzmią ostatnie takty „koncertu krwi”.

niedziela, 13 listopada 2016

NIEWINNI WINNI – AŁBENA GRABOWSKA „STULECIE WINNYCH”

Pozory jednak często mylą. Przez pewien czas na Facebooku widziałam odnośniki do recenzji „Stulecia winnych”, ale w nie nie klikałam, ponieważ byłam przekonana, że jest to książka o ofiarach zbrodni wojennych. Z okładki ponuro i oskarżycielsko patrzyły na mnie dwie wytrzeszczone baby umalowane a la upiór, no i ten tytuł… „Stulecie Winnych” – winnych czego? Pewnie jakiś straszliwych zbrodni na tych upiornych kobietach. I jeszcze podtytuł „Ci, którzy przeżyli” – a więc jak nic wspomnienia z obozów zagłady. Dziękuję, postoję, myślałam i nie klikałam w recenzję, bo nie miałam ochoty czytać o ofiarach wojny. W końcu jednak przy kolejnym linku do recenzji uderzyły mnie słowa „saga rodzinna”i nagle wszystko się zmieniło. Słowo saga działa na mnie jak magiczne zaklęcie i od razu wzbudza we mnie żądzę nie tylko czytania, ale też posiadania na własność CAŁEJ sagi. Do dzisiaj pamiętam koszmar sprzed ponad roku, kiedy natknęłam się przypadkiem na pierwszy tom „Cukierni pod amorem” a potem w rozpaczliwym szale szukałam kolejnych, kupując je w rozpaczy po cenach okładkowych (hańba!!!). Dlatego, kiedy w końcu zebrałam się i przeczytałam entuzjastyczną recenzję „Winnych” na jednym z blogów (i jak tu nie wierzyć w głęboki sens istnienia blogów książkowych?) od razu kupiłam sobie pełen zestaw spakowany w urocze pudełko. I błogosławię tę chwilę do dziś, bo sagę łyknęłam w 4 dni i zaoszczędziłam sobie latania z obłędem w oczach po księgarniach w poszukiwaniu kolejnych tomów.

Do rzeczy. „Stulecie Winnych” to nie jest opowieść o ofiarach wojny i ich oprawcach, chociaż wojna odgrywa w tej powieści kluczową rolę. A właściwie dwie wojny i to nie byle jakie, bo światowe. Nie da się jednak napisać sagi polskiego rodu obejmującej okres stu lat i nie pisać o wojnach. Wbrew pozorom tajemniczy „Winni” z tytułu to nie nazistowscy kaci, tylko nazwisko mieszkającej na podwarszawskiej wsi polskiej rodziny, której losy śledzimy. Zaczyna się z przytupem. W 1914 roku rodzą się bliźniaczki Maria i Anna, przy czym ta ostatnia z wielkimi komplikacjami i właściwie cudem uratowana od śmierci, która zamiast noworodka zabiera jej matkę. Wkrótce okazuje się jednak, że hardkorowy poród to dopiero początek przygód małej Ani, która okazuje się osobą absolutnie niezwykłą, obdarzoną szóstym zmysłem. „Stulecie Winnych” to opowieść osnuta właśnie wokół losów Anny Winnej oraz jej rodziców, dziadków, kuzynów, a potem potomków, w tym kolejnych par bliźniaczek w następnych pokoleniach. Saga ukazuje burzliwe losy rodziny polskich patriotów na tle dziejowego zamętu jaki zafundował nam wiek XX. Pierwsza Wojna Światowa, Druga Wojna Światowa, koszmarny okres powstawania PRL, Solidarność, a wreszcie zmiana ustroju i rodząca się epoka polskiego kapitalizmu – wszystkie te wydarzenia mocno zmieniają losy Winnych, którzy aktywnie biorą udział we wszystkich istotnych wydarzeniach i przemianach. Nie jest to jednakże powieść wyłącznie o walce i patriotyzmie, ale przede wszystkim opowieść o zwykłych ludziach, o jednej rodzinie, której codzienne życie upływa w tych skomplikowanych czasach. Narodziny i śmierć. Rozstania i powroty. Miłość i nienawiść. Szczęście i rozpacz. Wszystko to staje się udziałem Winnych.

Ałbena Grabowska snuje swoją opowieść w taki sposób, że po prostu nie da się od niej oderwać. Zanim się człowiek zorientuje, już jest sto stron dalej. Winni okazują się tak fascynujący, a ich burzliwe losy tak ciekawe, że natychmiast się w nich zakochujemy i razem z nimi przeżywamy wzloty i upadki. Wielokrotnie płakałam w trakcie tej lektury, kiedy umierał, któryś z bohaterów (a w ciągu stu lat, które obejmuje akcja powieści jednak trochę tych zgonów było). Postać Anny jest wręcz cudownie wykreowana, a dzięki swoim ponadnaturalnym zdolnościom staje się rewelacyjną osią wydarzeń. Saga napisana jest eleganckim ale zwyczajnym językiem i tacy są również jej bohaterowie – jednocześnie zwyczajni i całkowicie niezwykli. Obok bohaterów fikcyjnych pojawiają się również autentyczne postacie historyczne, co dodatkowo dodaje smaczku lekturze. Poza tym autorce nie brakuje pomysłów, w żadnym z trzech tomów nie ma dłużyzn, wszystkie czyta się z taką samą przyjemnością.

Dodatkowym atutem jest dla mnie fakt, że Ałbena Grabowska dość konkretnie rozprawia się z epoką PRL. Mam wrażenie, że większość źródeł trochę (a nawet bardzo) tę epokę wybiela, bo przecież wojna się skończyła, więc już nie było tak źle. Ten socjalizm może nie najfajniejszy, ale przynajmniej nie ma już Hitlera, więc zawsze to lepiej. Bohaterowie Grabowskiej mają na ten temat inne zdanie i to właśnie w ostatnim tomie wyraźnie widać ich rozgoryczenie jako patriotów tym, co się stało z naszym krajem po wojnie. Winni przeżywają zawód, są sfrustrowani i nie potrafią się odnaleźć w tej zakłamanej rzeczywistości, bo przecież „nie o takę Polskę…”. Ich losy w powojennej rzeczywistości okazują się równie skomplikowane jak za okupacji i dla mnie jest to jeden z najlepszych punktów tej sagi.


„Stulecie Winnych” polecam wszystkim, którzy lubią dobre historie oparte nie na skomplikowanych scenariuszach i efektach specjalnych, ale na losach zwykłych ludzi. Uprzedzam jednak lojalnie, że warto się zaopatrzyć w zapas wolnego czasu, bo od sagi ciężko się oderwać i kończymy czytając trzy książki jedna za drugą. Na szczęście za chwilę Święta i dużo wolnych dni przed nami. Zachęcam do spędzenia ich w towarzystwie rodziny Winnych.

środa, 12 października 2016

GRECKI PASZTET - ALEK ROGOZIŃSKI „MORDERSTWO NA KORFU”

„Morderstwo na Korfu” to druga powieść w dorobku Alka Rogozińskiego i drugie spotkanie z zabójczo zabawnym duetem: autorką romansów Joanną i jej przyjaciółką, a zarazem managerką, Betty. Tym razem Joanna, wykończona psychicznie wydarzeniami z poprzedniego tomu, oraz zobligowana nieuchronnie zbliżającym się terminem oddania do wydawnictwa kolejnego romansu, którego jeszcze nie zdążyła napisać ani strony, postanawia wyjechać na krótki urlop do Grecji. Zostaje jej polecony urokliwy pensjonat na Korfu, „Villa Zeus”, którego właściciel, Stefanos, prezentuje wyjątkowo dziwną fanaberię i gości wyłącznie Polaków. Joanna, jako polska celebrytka, dostaje zaproszenie do willi na pobyt all-inclusive. Nie spodziewa się, że jedną z pierwszych atrakcji będzie morderstwo Stefanosa…

Tym razem Rogoziński funduje nam klasyczną fabułę kryminału, przypominającą największe bestsellery Agaty Christie, albo nasz rodzimy przebój „Wszystko czerwone” Joanny Chmielewskiej – mianowicie Stefanos pada ofiarą morderstwa w bardzo konkretnych okolicznościach, podczas prywatnej kolacji w odciętym od publiki obiekcie, jest więc wiadome, że ubił go któryś z jego gości. W ograniczonym gronie podejrzanych na pierwszy plan wychodzą ukryte motywy i już wkrótce okazuje się, że absolutnie KAŻDY  z gości Greka miał całkiem niezły powód by go sprzątnąć.

Muszę przyznać, że taka klasyczna zagadka kryminalna należy do moich ulubionych scenariuszy, więc zabrałam się za lekturę z podwójną przyjemnością i nie zawiodłam się. Fabuła jest poprowadzona sprawnie i logicznie, wszystkie wątki ładnie się ze sobą łączą a ostateczne rozwiązanie jest bardzo satysfakcjonujące. Ale przecież Rogoziński nie pisze kryminałów tylko komedie kryminale, więc nie ma tak łatwo…

Z uwagi na fakt, że jest to moje trzecie spotkanie z prozą Alka Rogozińskiego i wiedziałam już mniej więcej co mnie czeka, tym razem się przygotowałam. Do lektury przystąpiłam będąc absolutnie sama, żeby w razie czego straszyć wybuchami wyłącznie mojego biednego psa. Odsunęłam poza zasięg rąk wszelkie płyny i przekąski, którymi mogłabym się zadławić i założyłam wygodne spodnie, żeby dodatkowo nie torturować mięśni brzucha, które wiedziałam, że będą wystawione na ciężką próbę. Ale i tak tarzając się i turlając ze śmiechu, pokwikując piskliwie i wycierając, na szczęście nieumalowane, oczy, musiałam stanowić ciekawy widok i dziękowałam mojej przezorności, że nikt mnie nie widzi.

Rogoziński i tym razem nie zawiódł – „Morderstwo na Korfu” to wybuchowa dawka humoru: od słownych przepychanek Joanny i Betty, przez zaprawione niezłą dozą złośliwości wrzutki na polskich celebrytów, po żarty na temat osławionego już lenistwa Greków. W pewnym momencie musiałam nawet przerwać lekturę i sprawdzać ja YouTube czy greckie disco jest faktycznie aż tak złe. Sprawdziłam i przyznaję rację autorowi – tego się faktycznie nie da słuchać.


„Morderstwo na Korfu” to idealna powieść na długi jesienny wieczór. Fabuła przenosi nas w piękne, ciepłe kraje, a śmianie się do rozpuku jest bardzo rozgrzewającym ćwiczeniem i pomaga walczyć z październikową chandrą.  Mam nadzieję, że to nie jest ostatnie moje spotkanie z Joanną i Betty i będą kolejne przygody tego niezwykłego duetu. Jak dla mnie im szybciej tym lepiej, bo przed nami długa, depresyjna, polska zima i śmiech będzie na wagę złota.

niedziela, 9 października 2016

MRÓZ W KOŚCIACH – REMIGIUSZ MRÓZ „EKSPOZYZJA”, „PRZEWIESZENIE” I „TRAWERS”

Na wstępie chciałabym zaznaczyć, że nie cierpię Remigiusza Mroza, ponieważ śmie on bezczelnie realizować wszystkie moje skryte marzenia. Facet ma 29 lat, jest doktorem prawa, co kilka miesięcy wypuszcza na rynek nowy bestseller, a do tego jeszcze ma czas wyczynowo biegać i jest całkiem przystojny. I jak go tu nie nienawidzić? :)

Jednocześnie koło książek Mroza nie można przejść obojętnie, może dlatego, że to nazwisko jest obecnie bardzo gorące (pun intended) i pojawia się dosłownie wszędzie i, moim zdaniem, po prostu wypada je znać, jeśli ktoś interesuje się polską literaturą kryminalną. Moją przygodę z twórczością Remigiusza Mroza zaczęłam, niestety, od powieści „W cieniu prawa”, która, jak potem doczytałam w recenzjach, uważana jest za najsłabszą w jego dorobku, bo pisaną na kolanie, w przerwach między tworzeniem i obroną pracy doktorskiej. No, jak on takie powieści tworzy w antrakcie to niech go cholera…. „W cieniu prawa” ma co prawda swoje słabe strony ale i tak jest to bardzo dobra książka, chętnie więc sięgnęłam po trylogię z komisarzem Forstem, tym bardziej, że z okładek krzyczy wiadomość,  że prawa do ekranizacji zostały sprzedane, więc wiem, że Telewizja Polska zaraz to dokumentnie spieprzy, a zatem trzeba szybko czytać zanim mi to obrzydzą. W dodatku z okładki trzeciego tomu Borys Szyc odgraża się, że chce w tym zagrać, więc już wiem, że będzie źle z tą ekranizacją i trzeba się cieszyć powieściami  póki istnieją tylko na papierze.

Akcja trylogii rozgrywa się w polskich Tatrach. Zaraz na początku pierwszego tomu zostaje na Giewoncie znalezione ciało, groteskowo przyczepione do słynnego krzyża. W sprawę angażuje się komisarz Wiktor Forst, do pomocy dokooptując sobie rzutką dziennikarkę Olgę Szrebską. Razem wplątują się w śledztwo, które prawie natychmiast mocno się komplikuje i zmusza naszych bohaterów do balansowania na granicy prawa…

Jeśli chodzi o treść to nie będę zdradzać nic więcej, ponieważ trylogia jest ze sobą bardzo mocno powiązana i musiałabym sadzić tutaj straszne spoilery, czego nikt chyba nie chce, powiem więc tylko, że fabuła jest bardzo sensownie rozpisana na wszystkie tomy, w książkach wiele się dzieje, losy bohaterów strasznie się plączą, akcja jest często naprawdę ostra, a trup ściele się gęsto. Mróz ewidentnie nie boi się dramatycznych scen i mocnych, czasami wręcz drastycznych rozwiązań. Razem z Forstem i Szrebską podróżujemy do najniebezpieczniejszych rejonów Europy i przeżywamy z nimi naprawdę ciężkie chwile. Czasami nie mogłam się opanować i głośno wciągałam powietrze w szoku, że Mróz nie bał się opisywać TAKICH  rzeczy i mam dla niego duży szacunek za to, że jedzie po bandzie.

W trzecim tomie akcja wraca w polskie Tatry i wtedy Mróz pokazuje w pełnej krasie swoją głęboką wiedzę i wielką pasję górołaza. To widać w każdej scenie, w każdym opisie. Tatry w jego powieści są jednocześnie piękne, majestatyczne i śmiertelnie niebezpieczne.  Wszystkie sceny dziejące się na szlaku były doskonale skonstruowane i czytałam je z prawdziwą przyjemnością. Rewelacyjne są też zakończenia każdej części – szokujące, nieprzewidywalne, dosłownie wbijają w fotel.

Jedynym, co irytowało mnie w trylogii był główny bohater. Wiktor Forst to postać, której właściwie nie da się polubić. Arogancki dupek, przekonany o swojej wyjątkowości i przewadze nad innymi (w sumie nie wiadomo dlaczego, ponieważ jest zwykłym policjantem, bez żadnych większych dokonań), natychmiast antagonizuje absolutnie WSZYSTKICH dookoła i właściwie pakuje się w większość kłopotów na własne życzenie. Brak mu szacunku do innych, nawet do tych, którzy naprawdę usiłują mu pomóc. W dodatku jest niechlujny i, dla mnie osobiście, lekko obrzydliwy. Gdyby wyciąć wszystkie sceny, w których żuje gumę, pali papierosa albo myśli o żuciu gumy albo paleniu papierosa, każdy tom byłby pewnie o 100 stron krótszy.

Pomimo tego zarzutu, serdecznie polecam tatrzańską trylogię Remigiusza Mroza wszystkim fanom dobrego, mocnego kryminału z pięknymi górskimi krajobrazami w tle. Moja rada jest jednak taka, żeby od razu zaopatrzyć się we wszystkie tomy, ponieważ zakończenie każdego z nich domaga się natychmiastowej lektury następnego, a przy ostatnim robi się przykro, że to już koniec.


sobota, 8 października 2016

BABA Z JAJAMI - MAGDALENA WALA "MARIANNA"

Czasami zdarza się tak, że czytając opis jakiejś książki, a nawet jej recenzję, tworzę sobie w głowie pewien jej obraz, a potem czytając samą książkę okazuje się, że ten obraz był całkowicie błędny. Często wiąże się to z gorzkim rozczarowaniem (jak w przypadku wspomnianego kilka recenzji temu gniota „Mąż potrzebny na już”), czasami natomiast przeżywam bardzo miłe zaskoczenie. Tak było w przypadku „Marianny”.

Wnioskując z opisu na okładce, myślałam, że „Marianna” to historia kobiety rozdartej między patriotyzmem, który pcha ją do walki w powstaniu listopadowym, a presją społeczną, która ze względu na jej płeć będzie pchać ją w kierunku małżeństwa. Spodziewałam się, że tytułowa bohaterka, przyciśnięta przez rodzinę, zgodzi się na małżeństwo z rozsądku i potem ewentualnie będzie wciągać niechętnego, ale coraz bardziej w niej zakochanego męża do konspiracyjnej działalności narodowo-wyzwoleńczej. Nic bardziej mylnego.

Przede wszystkim fabuła powieści (oprócz prologu) ma już miejsce po upadku powstania, więc żadne walki i konspiracje nie wchodzą w grę. Marianna w powstaniu była, walczyła w nim przebrana za faceta, pokonała wszelkie trudności i wreszcie, wycieńczona głodem, chłodem i z wyraźnymi symptomami stresu pourazowego, wraca do domu. Tymczasem w domu nie jest różowo i jedyną opcją młodej kobiety wydaje się faktycznie ucieczka w małżeństwo. Kandydat nawet jest – co prawda na drugim końcu kraju (ale to akurat dobrze, bo Marianna ma u siebie nie za ciekawą reputację), w dodatku młody, przystojny, bogaty i utytułowany. Brzmi zbyt dobrze by mogło być prawdą? Oczywiście! Dopiero bowiem przyjeżdżając do swych nowych włości, Marianna odkrywa mroczne sekrety swojego małżonka, które mogą zakłócić ich wspólną przyszłość.

„Marianna” to prawdziwy misz-masz gatunków. Z jednej strony mamy tutaj wątki niczym z „Trędowatej” i pełną romantyzmu atmosferę rodzącego się uczucia, z drugiej zagadkę rodem z „Rebeki” Daphne du Maurier, przeplecione nieco atmosferą prozy Jane Austen i klimatem „Jane Eyre”. Wszystko to składa się jednak w sensowną i dostarczającą dużo rozrywki całość głównie dzięki postaci głównej bohaterki, ponieważ Marianna to osóbka niezwykła – prawdziwa „baba z jajami”: niepokorna, wygadana, zdecydowana, namiętna, inteligentna, odważna i bardzo, bardzo kobieca. Taką bohaterkę była w stanie zaakceptować od samego początku i chętnie jej kibicowałam. Mąż Marianny – Michał oraz jej teściowa również okazują się ciekawymi, świetnie napisanymi postaciami, a była koleżanka szkolna głównej bohaterki, Klementyna, stanowi tak zwane „comic relief” w kluczowych momentach jednocześnie irytując i bawiąc swoim zachowaniem.

Można się czepiać, że Marianna jak na swoje czasy jest zdecydowanie zbyt współczesna w swoim sposobie myślenia i postępowania, ale wydaje mi się, że z uwagi na fakt, że ta powieść nie pretenduje do miana eposu historycznego, a stanowi bardziej przykład literatury kobiecej, można autorce i samej Mariannie to wybaczyć. Moim zdaniem jest to wręcz zaleta powieści, ponieważ czyni ją bardziej zrozumiałą i atrakcyjną dla współczesnej czytelniczki.


„Marianna” to lektura lekka, przyjemna i ciekawa. Mamy tu elementy romansu oraz całkiem niezłą zagadkę kryminalną, do tego okraszoną niemałą dawką humoru, a wszystko przepełnione kobiecością w moim ulubionym wydaniu – silną i bezkompromisową. Wszystkie bohaterki „Marianny” udowadniają, że inteligentna i „charakterna” kobieta może sobie bez problemu poradzić nawet w typowo męskim świecie. Książkę serdecznie polecam wszystkim paniom na poprawę humoru. Nie trzeba się nawet pasjonować historią, żeby lektura tego romanso – kryminału z powstaniem listopadowym w tle sprawiła nam wiele przyjemności.

środa, 14 września 2016

KOD DA VINCI MADE IN POLAND - LESZEK HERMAN „SEDINUM”

Na książkę Leszka Hermana natknęłam się w Empiku. Stała sobie na półce z polską literaturą, taka piękna, gruba (prawie 800 stron), kusząc z okładki fragmentem renesansowego portretu. Szybkie spojrzenie na opis fabuły i kilka krótkich recenzji z internetu przekonały mnie, że to może być książka idealna dla mnie. Okazało się, że tym razem intuicja (i blogosfera) mnie nie zawiodła.

„Sedinum” w większości recenzji jest porównywane do „Kodu Leonarda Da Vinci” Dana Browna. To nie jest pierwsza książka (ani nawet nie setna), która jest porównywana do międzynarodowego bestselleru Browna,  często takie opisy można znaleźć nawet na okładkach powieści przygodowych, co potem w większym lub mniejszym stopniu pokrywa się z zawartością, ale tym razem uważam to nawiązanie za jak najbardziej trafne.

Akcja książki zaczyna się mocnym akcentem. W centrum Szczecina zapada się nowoczesny wieżowiec, odsłaniając przez przypadek wejście do starych podziemi miasta, a w nim niemiecką ciężarówkę z czasów drugiej wojny światowej z trupem żołnierza w środku. Zarówno historyczny ładunek ciężarówki jak i tajemniczy list, który kurczowo ściska w dłoni nieboszczyk prowadzą do skomplikowanych i nawarstwiających się tajemnic związanych z burzliwymi dziejami Szczecina. Tropem zagadki podąża architekt Igor, dziennikarka Paulina oraz Johann – młody, bogaty Anglik o niemieckich korzeniach. To niecodzienne trio musi jednak zmierzyć się nie tylko z tajemnicami Pomorza, ale również z potężnymi wrogami, którzy również chcą dojść do sedna zagadki.

Leszek Herman w mistrzowski sposób zbudował fabułę wciągającej powieści przygodowej za sprawą bardzo intrygującej tajemnicy oraz sympatycznych, inteligentnych bohaterów, którym bardzo łatwo kibicować. Igor, Paulina i Johann nie są może typowymi poszukiwaczami skarbów, ale ich młodość, inteligencja i entuzjazm pomagają im dojść do sedna tajemnicy nie tylko sprawnie, ale również w logiczny i wiarygodny sposób. Z drugiej strony czarne charaktery też są całkiem nieźle wykreowane, a plącząca się w samym środku tej historii była żona Igora stanowi jedną z najciekawszych postaci drugoplanowych książki.

Najmocniejszym akcentem powieści jest jednak, moim zdaniem, sama intryga oparta na burzliwej historii Szczecina i Pomorza. Okazuje się, że ten rejon Polski może bez problemu konkurować z Paryżem i Londynem z powieści Dana Browna. Szczecin jawi się w książce Hermana jako miasto o długich i skomplikowanych dziejach, niezwykłych władcach, tajemniczych stowarzyszeniach i zagadkach architektonicznych. Okazuje się, że nie tylko europejskie metropolie kryją w sobie wielowiekowe kody i symbole i wcale nie trzeba daleko szukać, żeby natknąć się na masonów i templariuszy. Po przeczytaniu „Sedinum” nabrałam ochoty, żeby natychmiast wybrać się na wycieczkę do Szczecina, który okazał się zdecydowanie bardziej interesującym miastem niż kiedykolwiek przypuszczałam.


Sam styl narracji Leszka Hermana jest elegancki i klarowny, dlatego książkę czyta się bardzo szybko i przyjemnie, nie ma w niej dłużyzn i nie da się przy niej nudzić. Zdecydowanie polecam tę pozycję wszystkim fanom zagadek z przeszłości i poszukiwania skarbów oraz wszystkim tym, którzy historię Polski uważają za jeszcze nie do końca zgłębioną. Myślę również, że fani przygód Roberta Langdona na pewno będą się świetnie bawić przy ich polskim odpowiedniku. Ja natomiast wpisuję Leszka Hermana na listę polskich autorów, których twórczość będę śledzić.