niedziela, 22 stycznia 2017

SIEDEM PLAG EGIPSKICH W ŁODZI – KATARZYNA BONDA „LAMPIONY’


O tę powieść pytali mnie wszyscy – rodzina, znajomi, uczniowie. Czy już czytałam? Czy dobra? Czy warto ją kupić na prezent pod choinkę? Wygląda na to, że nowa powieść Katarzyny Bondy miała naprawdę dobrą promocję, ponieważ tuż po premierze wiedzieli o jej wydaniu wszyscy, zarówno ci czytający nałogowo jak i literaccy laicy. Tymczasem ja miałam olbrzymi problem z odpowiedzią na zadawane mi na jej temat pytania i to nie tylko dlatego, że leżała u mnie w widocznym miejscu jak wyrzut sumienia, z wetkniętą w różne miejsca zakładką (przez ostatni miesiąc zaznaczoną na stu stronach od końca),  przypominając mi, że powinnam ją wreszcie przeczytać i zrecenzować, ale również dlatego, że nie mam zielonego pojęcia, czy mogę ją z czystym sumieniem polecić czy nie, ponieważ, jak zwykle w przypadku twórczości Katarzyny Bondy, również „Lampiony” wzbudziły we mnie uczucia ambiwalentne.
Najpierw krótko o fabule. W Łodzi wiele się dzieje. Tutaj płoną stare kamienice, tam islamscy terroryści detonują bomby na lokalnym lotnisku, gdzieś jeszcze ktoś podejrzanie łazi po zabytkowych kanałach. Jest jakiś szalony poeta, jest kobieta, która straciła córkę na rzecz wyznawców Allaha, jest młody, zagubiony chłopiec z problemami, jest również szajka „czyścicieli” kamienic u progu dużych pieniędzy. Są łódzcy menele, jest policja, są awangardowi artyści, studenci filmówki, a nawet jeden raper. No i jest Sasza Załuska, „zesłana” do Łodzi z Trójmiasta w celu rozwiązania tego wielkiego bałaganu. Czy uda jej się poskładać tę skomplikowaną układankę i powiązać z pozoru nic nie mające ze sobą elementy w jedną logiczną całość?

Największy problem jaki miałam z „Lampionami” to właśnie mnogość elementów fabuły. Na co dzień chwalę się fenomenalną wręcz pamięcią, ale w tym przypadku poległam na całej linii. Każdorazowe odłożenie książki na dłużej niż kilka godzin powodowało, że zapominałam kto jest kim i co jeden wątek ma wspólnego z drugim. W dodatku przez większość czasu zdawało mi się, że to się nie może jedno z drugim logicznie wiązać i w miarę jak zbliżałam się do końca powieści coraz czarniej widziałam zamknięcie fabuły jako logicznej całości. Muszę przyznać, że okazało się, że autorka miała jednak pomysł i zakończenie podsumowuje i wiąże wiele wątków. Wiele, ale nie wszystkie. Jak zwykle u Bondy, znajdujemy szereg szczegółowych scen, które są kompletnie nieprzydatne dla ogółu fabuły, postaci, których zadaniem jest chyba tylko wzbogacenie kolorytu tła. Z jednej strony ciekawie się to czyta, ale z drugiej, w tym wypadku nastąpiło u mnie zwyczajne przeładowanie wiadomościami , które wywołało zmęczenie, stres i zniechęcenie. W dodatku po przeczytaniu tej powieści nie jestem w stanie odpowiedzieć sobie na pytanie o czym ona właściwie była.

Z drugiej strony jako łodzianka czekałam na tę książkę z wielką niecierpliwością, bo uważałam, że mojemu miastu należy się dobry kryminał. Łódź jest zawsze ignorowana, pomijana na rzecz innych miast, podsumowywana jako miasto kiboli, meneli i brudnych kamienic. Już po przedpremierowych wypowiedziach autorki wiedziałam, że ta książka zaprezentuje zupełnie inne podejście do mojego miasta i tutaj faktycznie się nie zawiodłam. Katarzyna Bonda wykonała niesamowity wręcz research do swojej książki i gdybym nie wiedziała skąd pochodzi, przysięgłabym, że jest właśnie z Łodzi. Topograficznie jest bezbłędnie, językowo wręcz zachwyca – wszystkie „łodzizmy” znalazły się na kartach „Lampionów”, od klasyków jak „migawka” czy „krańcówka” po najnowsze hity typu „Stajnia Jednorożców”. Dla każdego łodzianina to miód na serce i fantastyczna zabawa. W dodatku autorka doskonale wyczuła specyficzny i unikalny klimat tego miasta, uczyniła je żywym, tajemniczym i interesującym, oddała mu hołd na jaki dawno już zasługiwało.
Czy w związku z tym mogę polecić tę książkę? I tak i nie. Nie mogę z czystym sercem polecić jej jako kryminału – moim zdaniem  jest na to zdecydowanie zbyt przeładowana wątkami pobocznymi i postaciami drugoplanowymi, co w rezultacie zaciera fabułę. Jako kryminał „Lampiony” są wręcz męczące. Jako część cyklu o Saszy Załuskiej też jest nieco słabo, Sasza oprócz zachwycania się osobliwym urokiem Łodzi niewiele robi jako profilerka. W pewnym momencie dochodzi nawet do kuriozalnej sceny, w której ekipa policjantów dosłownie losuje, kto może być mordercą. Wątki życia osobistego Saszy też są w tym tomie wyjątkowo nudne i irytujące i wciśnięte właściwie na siłę, a Duch robi się już tak denerwujący, że dosłownie mierziły mnie sceny z jego udziałem.


Jednocześnie autorka w posłowiu wspomina, że „Lampiony” to bardziej powieść o mieście niż klasyczny kryminał i uważam, że jeśli potraktuje się tę książkę właśnie w takiej kategorii, to jest ona niezwykła i absolutnie godna polecenia. W tej powieści główną bohaterką jest Łódź, porównana w jakimś momencie do przechodzonej diwy, niezwykła, specyficzna, piękna w swej brzydocie. Myślę, że „Lampiony” to lektura obowiązkowa dla każdego łodzianina, ale wartościowa dla każdego Polaka, jako monumentalna panorama jednego z najbardziej specyficznych miast Polski. Wrzućcie więc do tytki flaszkę gołdy,  żulik lub angielkę, zagryźcie czarnym, wykupcie migawkę, odnajdźcie krańcówkę  i ruszcie w podróż po Łodzi, oświetlonej tajemniczym i migotliwym płomieniem „Lampionów”. Miłej lektury!

piątek, 20 stycznia 2017

MIESZKO, MIESZKO MÓJ KOLEŻKO – KATARZYNA BERENIKA MISZCZUK „NOC KUPAŁY”


Powieść „Szeptucha” Katarzyny Bereniki Miszczuk okazała się dla mnie jednym z największych pozytywnych zaskoczeń czytelniczych w zeszłym roku. Połączenie struktury paranormal romance ze słowiańskimi wierzeniami okazało się przepisem na niebanalną i ciekawą  książkę, dającą dużą radość czytania. Dlatego też drugi tom cyklu czyli „Noc Kupały” zamówiłam sobie w prezencie gwiazdkowym. Najtrudniejszym zadaniem okazało się dla mnie cierpliwe doczekanie  do dwudziestego czwartego grudnia, ale za to lekturę zaczęłam zaraz po zakończeniu wigilijnej wieczerzy :)

„Noc Kupały” podejmuje akcję tam, gdzie „Szeptucha” ją skończyła. Główna bohaterka, Gosława,  nadal odbywa staż u szeptuchy Baby Jagi,  od pewnego czasu wzbogacona o wiedzę, że słowiańscy bogowie naprawdę istnieją i w dodatku mają do niej bardzo poważny interes, albowiem tylko ona, jako pierwsza osoba od tysiąca lat, ma szansę na odnalezienie mitycznego kwiatu paproci, który z różnych powodów jest wszystkim dookoła potrzebny do szczęścia. W dodatku  kwiatu pragnie również Mieszko (tak, TEN Mieszko, pierwszy swego imienia, władca Polan itd. ), w którym Gosia dość konkretnie i z niejaką wzajemnością się kocha. Wiadome jest również, że wszystkie strony, które NIE dostaną kwiatu planują krwawą zemstę na biednej Gosławie…

Drugie tomy serii mają to do siebie, że zwykle są najsłabsze. Dzieje się tak ponieważ nie mają już uroku nowości i elementu zaskoczenia z pierwszej części, a autorzy rzadko decydują się na drastyczne rozwiązania, zostawiając je na końcowy tom serii. Tym razem jednak autorce udało się znaleźć dobre rozwiązanie, które sprawiło, że „Noc Kupały” czyta się równie dobrze jak „Szeptuchę”. Rozwiązaniem tym są tak zwane „flashbacki” Mieszka, czyli przebłyski jego wspomnień, przenoszące akcję w daleką przeszłość. Jako osoba zainteresowana wczesną historią Polski i dość dobrze oczytana w tym temacie, jestem bardzo pozytywnie zaskoczona solidnym researchem, jaki wykonała autorka. Oczywiście, w tym wypadku mamy do czynienia z fikcyjną i alternatywną wersją historii, ale opartą na solidnych fundamentach i równie wiarygodną jak u Cherezińskiej. Moim zdaniem to właśnie wspomnienia Mieszka stanowią najbardziej atrakcyjny element fabuły powieści.

Mamy też największe przeboje z poprzedniego tomu, czyli cyniczne wstawki Baby Jagi, hipochondrię Gosi i ciekawe postacie drugoplanowe, a Mieszko jest równie seksowny i tajemniczy jak w pierwszym tomie, więc fani „Szeptuchy” nie powinni czuć się zawiedzeni jej kontynuacją. Powieść ma też mnóstwo elementów humorystycznych i tak jak pierwszy tom bawi, na przykład opisami wyznawców bogini Mokosz jako współczesnych hipisów. Jednocześnie „Noc Kupały” daje autorce możliwość opisania kilku kolejnych świąt i rytuałów związanych ze słowiańskimi wierzeniami, takich jak postrzyżyny czy tytułowa kupalnocka.  Dla mnie właśnie te opisy stanowiły jedne z najprzyjemniejszych momentów w powieści, wzbudzając we mnie nostalgię i odrobinę żalu, że te tradycje odeszły już w niepamięć. K.B. Miszczuk tak ładnie opisuje słowiańskie święta, że bez wahania zamieniłabym niektóre obecne tradycje na te dawniejsze.

Zakończenie tomu jest ciekawe, mocne i sensacyjne, sprawiając, że nie można doczekać się trzeciej i ostatniej części, która, mam nadzieję ukaże się w tym roku. „Noc Kupały” to naprawdę dobra kontynuacja, rozwijająca i wzbogacająca oryginalny i ciekawy pomysł autorki na połączenie słowiańskich wierzeń z dwudziestopierwszowieczną mentalnością. Teraz pozostaje nam tylko czekać na trzecią odsłonę przygód Gosławy i Mieszka czyli „Żercę” – oby nie za długo!

poniedziałek, 9 stycznia 2017

HOT STUFF – ALEXA RILEY ‘EVERYTHING FOR HER’ I MAŁY RANT O ROMANSACH EROTYCZNYCH

Niedługo Walentynki  i do kin wejdzie druga część “Pięćdziesięciu twarzy Greya”, ekranizacji sagi (?) erotycznej, która stała się bestsellerem, a której fenomenu do dziś nie mogę zrozumieć. Wielokrotnie rozmawiając o tej książce z różnymi osobami i próbując pojąć, dlaczego stała się tak popularna, tłumaczyłam na prawo i lewo, że „Grey” to nie tylko zła literatura, ale przede wszystkim zła literatura erotyczna i naprawdę nie ma się czym podniecać. Ubóstwo języka autorki, nudne, wydumane i powtarzalne sceny pisane pod ten sam schemat, sprawiały, że mój racjonalny mózg nie dał rady wyłączyć się nawet na chwilę i wysyłał mi rozpaczliwe sygnały, że to przecież tak nie powinno wyglądać, te całe czerwone pokoje tortur, klęczenie pod drzwiami, bicze i pasy – tak się nie powinien zachowywać zakochany mężczyzna w stosunku do swojej kobiety. Właściwie przez większość lektury miotałam się między niesmakiem a irytacją i najchętniej wykorzystałabym wszystkie te zabawki z czerwonego pokoju, żeby sprać nimi głównego bohatera na kwaśne jabłko, a wydaje mi się, że nie to jest celem erotyka.

Jednocześnie mam wrażenie, że „Grey” stał się tak popularny, ponieważ była to jedna z pierwszych książek tego gatunku nie wydana pod egidą Harlequina tylko „normalnego” wydawnictwa, z elegancką okładką, która nie krzyczy z daleka „czytam badziewne porno dla kobiet!!!”, dostępna w „normalnych” księgarniach i na czytniki. Pewnie dlatego dla wielu osób było to pierwsze spotkanie z literaturą erotyczną i przez brak porównania ta powieść uznana została za dobrą. Jedynym pozytywnym aspektem fenomenu „Greya” jest, moim zdaniem, otwarcie się rynku na romanse erotyczne. Co prawda większość tego potencjału została zmarnowana na przykład na ciągnącego się w nieskończoność „Crossa” (tak nudnego i schematycznego, że wymiękłam w połowie pierwszego tomu), ale dzięki temu można było przeczytać  w Polsce na przykład „Real” Katy Evans, jeden z lepszych romansów w tym gatunku, jaki czytałam. Katy Evans w ogóle chyba się nieźle u nas przyjęła, bo ostatnio widziałam mnóstwo recenzji jej powieści „Manwhore” (mnie osobiście dwa pierwsze tomy tej serii nie zachwyciły, ale trzeci bardzo mi się podobał, o dziwo z powodu mniejszej ilości scen erotycznych, ale za to dzięki lepszej fabule). Jest więc nadzieja na to, że polski rynek wydawniczy będzie oferował coraz szerszy zakres tego typu literatury.

Początek 2017 roku przyniósł jednak na rynku romansów erotycznych prawdziwą petardę. Jest to powieść „Everything for Her” autorstwa Alexy Riley.  Alexa Riley to dwie przyjaciółki, które wspólnie piszą bardzo krótkie książeczki dla bardzo niegrzecznych dziewczynek. Takie książki nazywa się po angielsku „smut” czyli „świństewka” i mają tylko jedno zadanie – rozpalić wyobraźnię i podniecić czytelniczki (nie czarujmy się, książki typu „smut” w 99% czytają kobiety). Autorki  wyrobiły sobie swoje ulubione schematy, które dostarczały zadowolenia wszystkim fankom, ale ewidentnie postanowiły rozwinąć skrzydła i zdecydowały się wreszcie na napisanie powieści pełnej długości. Moim zdaniem był to strzał w dziesiątkę, bo zaowocował świetnym erotykiem, od którego po prostu nie można się oderwać.
Fabuła jest dość prosta, jak zwykle w przypadku tego typu powieści. Miles po raz pierwszy ujrzał Mallory, gdy ona miała lat siedemnaście a on dwadzieścia dwa  i zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia. Właściwie „zakochał” to trochę zbyt słabe słowo, należałoby napisać, że dostał na jej punkcie prawdziwej obsesji. Stwierdził jednak, że Mallory jest na tym etapie nieco zbyt młoda, więc postanowił na nią poczekać. Jednocześnie, jako bogaty i wpływowy człowiek postanowił zbudować dla Mallory ścieżkę, która  w ciągu kilku lat prostą drogą doprowadzi ją do niego. Mallory, oczywiście, nie ma zielonego pojęcia, że jej stypendium na uniwersytecie Yale a potem staż w prestiżowej korporacji Osbourne Corporation to wszystko sprawka Milesa. Sytuacja nabiera tempa, kiedy po ukończeniu studiów dwudziestodwuletnia Mallory przybywa do Nowego Jorku i w barze poznaje przystojnego i tajemniczego mężczyznę, którego przezywa Oz. Oz od początku wydaje się mocno nią zauroczony, jednak intensywność jego uczuć nieco przeraża Mallory, która nie ma właściwie żadnego doświadczenia w sprawach męsko-damskich. Co stanie się, kiedy wyjdzie na jaw, że Oz to Miles, który już od pięciu lat plecie skomplikowaną sieć intryg by schwytać w nią niczego nieświadomą Mallory?

„Everything for Her” ma wszystkie elementy, które, moim zdaniem, powinien mieć dobry romans erotyczny. Przede wszystkim insta-love, które akurat jest specjalnością Alexy Riley i bardzo dobrze im wychodzi. W odróżnieniu od innych powieści z tym wątkiem (przede wszystkim nieszczęsnego „Greya”), w tym wypadku nie miałam problemu z uwierzeniem, że Miles autentycznie oszalał na punkcie Mallory od pierwszego wejrzenia. Może dlatego, że Oz nie jest jakimś sztampowym playboyem, który zaliczył już pół miasta i nagle doznał objawienia i całkowicie się zmienił. Wręcz przeciwnie, Oz od początku jest specyficzny i konsekwentny i dzięki temu wiarygodny.  Cała intryga ze stopniowym osaczaniem Mallory ma za zadanie być seksowna i podniecająca i dokładnie taka jest. W odróżnieniu od „Greya”, nie miałam tu uczucia, że bohaterka jest uwikłana w chory związek, z którego powinna jak najszybciej uciec. Miles ma dobre powody, żeby zachowywać się w stosunku do Mallory w sposób taki a nie inny i wyłączając analityczną część mózgu zaledwie odrobinę (a przy tego typu literaturze analiza nie jest wskazana) jesteśmy w stanie cieszyć się fabułą i rozwijającą się historią.
Poza tym jeden z głównych aspektów tej powieści jest jednocześnie jednym z największych jej atutów. Mowa o scenach erotycznych, które są naprawdę dobrze rozpisane. Autorki nie bawią się w jakieś specjalne udziwnienia, BDSM, gadżety i zabawki, nie ma też idiotycznych pseudo-poetyckich porównań typu „jego rycerz szturmował jej wieżę”, są za to mocne, gorące i odważne sceny, które podnoszą ciśnienie i wywołują na twarzach czytelniczek rumieńce. Mimo, że w książce jest ich bardzo dużo (ale w końcu to erotyk),nie są nudne i powtarzalne. Swoją drogą, nie polecam czytania tej książki w miejscach publicznych, bo jest mocno nieprzyzwoita i otoczenie może się domyślić po naszych reakcjach, że czytamy coś niegrzecznego :)

Minusem powieści jest, moim zdaniem, rozwiązanie kwestii ojca Milesa. Mogło być dużo ciekawiej i bardziej dramatycznie, ale autorki wolały się skupić na seksie i w sumie im się nie dziwię. Nie uniknęły też pewnych złych nawyków z poprzednich nowelek (nie mogę zdradzić jakich bez spojlerowania), ale i tak styl został zdecydowanie wygładzony i ulepszony. Jednocześnie cieszy mnie, że to nie jest cała saga. Wreszcie fabuła została upchnięta w jednej książce, a nie sztucznie rozdmuchana, żeby wypocić z tego dwa lub trzy tomy. Kolejny tom z tej serii będzie już dotyczył zupełnie innych bohaterów.

Oczywistym jest, że „Everything for Her” nie jest książką najwyższych lotów, ale nie jest to typ literatury, która aspiruje do takich poziomów. Ten typ powieści to tak zwane „guilty pleasure”, czyli coś, co sprawia nam frajdę, ale niespecjalnie chcemy się tym chwalić, ponieważ nie jest to zbyt ambitne. Jednocześnie, książka jest wciągająca, romantyczna i bardzo seksowna – idealna by zarwać dla niej noc i chcieć zamienić się miejscami z główną bohaterką.

„Everything for Her” nie jest jeszcze, niestety dostępne na polskim rynku, ale podejrzewam, że powinno niedługo się na mim ukazać, zapewne pod tytułem „Dla niej wszystko”. W międzyczasie polecam tę powieść wszystkim miłośniczkom ognistych romansów władających językiem angielskim i (najlepiej) posiadających czytnik ebooków. Książka idealna na zimowe noce – rozgrzewa lepiej niż koc elektryczny i grzane wino!

poniedziałek, 26 grudnia 2016

IDEALNY PREZENT – SERIA „WIELCY ZAPOMNIANI POLACY”

Być może nie jest to najlepszy moment, żeby pisać o prezentach – w końcu wczoraj lub przedwczoraj (w zależności od tradycji obowiązującej w danym domu), każdy z Was wręczał i otrzymywał prezenty, mam nadzieję, że również książkowe. Chwilowo więc wszyscy mają już pewnie po dziurki w nosie tematu prezentów, tym niemniej należy pamiętać, że okazje do upominków to nie tylko Święta Bożego Narodzenia, ale również imieniny, urodziny i dziesiątki innych okazji, a dla każdego mola książkowego najlepszym prezentem była, jest i zawsze będzie książka.
W związku z tym chciałabym dziś napisać o pewnej serii książek, która, moim zdaniem stanowi prezent idealny. Jakiś czas temu wydawnictwo Muza wypuściło na rynek dwie części książki „Wielcy zapomniani Polacy, który zmienili świat” autorstwa Marka Boruckiego. Niedawno serię tę uzupełniła książka „Wielkie Polki, które zadziwiły świat” pióra Joanny Puchalskiej Powyższe pozycje uważam za absolutnie wyjątkowe na rynku polskiej literatury historycznej.

W każdym tomie mamy przedstawione około trzydzieści portretów wybitnych Polaków i Polek (niestety, u Puchalskiej tylko 13, ale za to nieco bardziej szczegółowych), którzy, mimo dokonania niezwykłych odkryć bądź wybitnej twórczości artystycznej, zostali przez ogół naszego narodu zepchnięci w mroki zapomnienia. Częściowo powody tego są w książce wyjaśnione – na ogół przyczyną jest fakt, że działali, żyli i zmarli za granicą oraz, że nie podobali się poprzedniemu ustrojowi. Do innych przyczyn na pewno należy zaliczyć zwykłą ludzką zawiść, ignorancję i antysemityzm.  Często też na ich niekorzyść działała zwykła dziejowa niesprawiedliwość, która jakoś dziwnie uwzięła się na nasz biedny naród. Wielu z bohaterów niniejszej publikacji powinno było otrzymać nagrodę Nobla (na przykład odkrywca witamin, czy twórca pierwszej bezpiecznej szczepionki przeciwko polio), ale zamiast nich uhonorowano zachodnich badaczy (co działo się w historii wielokrotnie, wystarczy przypomnieć sobie ostatni film o Enigmie, w którym nikt nawet nie zająknął się o kluczowej roli Polskich matematyków). Gorzej, że wszystkie te wybitne postacie są również właściwie zapomniane w swojej ojczyźnie, a to już się nie powinno zdarzyć.

W każdym tomie serii, na około 400 stronach prezentowane są krótkie portrety biograficzne tych niezwykłych Polaków i Polek, opatrzone mnóstwem zdjęć (niestety czarno-białych i to jest, moim zdaniem, jedyna wada tej publikacji, chociaż dzięki temu książki wydane są na przyjemnym, szorstkim papierze i nie kosztują po 100 zł od sztuki, więc nie będę narzekać). Wśród nich mamy wielu niezwykłych ludzi, jak na przykład wybitną primabalerinę, która romansowała z kilkoma rosyjskimi książętami i nawet za jednego wyszła, ekstrawaganckiego fryzjera, który narzucał trendy całej Europie i jako pierwszy nakazał kobietom regularnie myć włosy, Maksymiliana Faktorowicza ze Zduńskiej Woli, który jako Max Factor stał się twórcą jednej z największych firm kosmetycznych na świecie czy Antoniego Pateka – twórcy najdroższych obecnie zegarków na świecie. To oczywiście tylko niektórzy z bohaterów serii, ale stanowią najlepszy przykład tego, że Polska ma o wiele więcej ciekawych postaci niż nam się wydaje i nie musimy być dumni wyłącznie z Kopernika, Wałęsy, Skłodowkiej-Curie czy Jana Pawła II, a Polacy na pewno są częścią światowej potęgi.


Dzięki wyjątkowo ładnemu u starannemu wydaniu, niezbyt długim i szczegółowym portretom biograficznym pisanym zgrabnym i przystępnym językiem, oraz mnóstwu zdjęć i grafik seria Muzy stanowi wyjątkową pozycję na rynku wydawniczym i  nadaje się nie tylko dla pasjonatów historii, ale dla wszystkich miłośników niebanalnych opowieści i ciekawych ludzkich losów. Jest to książka, którą, moim zdaniem, każdy Polak powinien mieć na półce, gdzie w dodatku wyjątkowo elegancko się prezentuje. Dlatego, w moim odczuciu, seria ta stanowi prezent idealny – jest ciekawa, elegancko wydana i w dobrym guście a do tego można z niej wyciągnąć mnóstwo pożytecznych wiadomości i poznać losy wielu fascynujących postaci oraz poczuć się dumnym z bycia Polakiem – czegóż więcej można chcieć?

niedziela, 18 grudnia 2016

„MAGIA KŁAMSTWA” PO POLSKU – MAŁGORZATA ŁATKA „KAMFORA”

Na zakup książki Małgorzaty Łatki zdecydowałam się natychmiast po przeczytaniu opisu i jednej pozytywnej recenzji na internetowym blogu. Powód jest prosty – motyw przewodni powieści czyli rozwiązywanie zagadki kryminalnej za pomocą analizy mowy ciała jest dla mnie wyjątkowo interesujący. Kilka lat temu nadawano bardzo ciekawy serial z Timem Rothem w roli głównej. Oryginalny tytuł to „Lie to Me”, polski -  „Magia kłamstwa”. Roth grał w nim specjalistę od mowy ciała, szczególnie od analizy tzw. „mikroekspresji” czyli pojawiających się na naszych twarzach nieświadomie, na ułamek sekundy wyrazów, które pozwalają rozpoznać takie uczucia jak kłamstwo, wstyd, pogarda czy pożądanie i dzięki temu poznać prawdziwe intencje człowieka, niezależnie od tego, co zdecyduje się nam powiedzieć. Temat wydał mi się wyjątkowo interesujący i od tego czasu staram się go zgłębiać w wolnych chwilach.

„Kamfora” to powieść, w której ten motyw stanowi oś fabuły. W Krakowie dochodzi do kilku niezwykle brutalnych morderstw na młodych kobietach. Z początku wydaje się, że ofiary nie mają ze sobą absolutnie nic wspólnego, ale wkrótce okazuje się, że może je łączyć pewna cecha. Prowadzący śledztwo młody, rzutki i inteligentny komisarz Jakub Zagórski zwraca się o pomoc do specjalistki od mowy ciała Leny Zamojskiej. Razem opracowują ryzykowny i niebezpieczny plan schwytania mordercy, który może okazać się śmiertelnie niebezpieczny…

Oprócz niezwykle ciekawej i dobrze poprowadzonej fabuły, która idealnie ukazuje niebezpieczeństwa czyhające na młode, samotne kobiety w dwudziestym pierwszym wieku, „Kamfora” ma dla mnie jeszcze jeden dodatkowy atut: po raz pierwszy od niepamiętnych czasów ukazana jest w polskiej powieści kryminalnej skuteczna, owocna i dobrowolna współpraca policji z zewnętrznym specjalistą. Zarówno u Miłoszewskiego jak i Mroza czy Bondy główny bohater – czy to prokurator czy behawiorysta, stał zawsze sam po przeciwnej stronie barykady niż organy ścigania, których głównym zadaniem zdawało się być rzucanie mu kłód pod nogi i podkładanie świni przy każdej okazji. U Łatki jest wręcz przeciwnie – policja sama wpada na genialny pomysł poproszenia Zamojskiej o pomoc i traktuje jej sugestie z szacunkiem zamiast wyśmiewać badanie mikroekspresji jako nauki przydatnej w ujęciu sprawcy. Przedstawienie polskiej policji jako służb, które zdały sobie sprawę z wejścia świata w dwudziesty pierwszy wiek, chętnych i gotowych do korzystania ze zdobyczy behawioryzmu jest jak powiew świeżego powietrza na scenie polskiego kryminału. Naprawdę, chętnie przeczytałabym więcej książek, w których polska policja i system prawny do czegokolwiek się nadają – choćby tylko „ku pokrzepieniu serc” :)

„Kamfora” to naprawdę solidny kryminał, z logiczną i sensowną fabułą, dobrze nakreślonymi bohaterami i ciekawą zagadką. Małgorzata Łatka w swojej drugiej powieści udowadnia, że ma już świetnie wyrobione pióro i doskonały warsztat pisarski. Zabawne dla mnie jest to, że z okładkowego blurba książkę poleca Joanna Opiat-Bojarska, a po przeczytaniu „Bestsellera” tej autorki mam wrażenie, że powinno być odwrotnie, bo Opiat-Bojarska ma się czego od Łatki uczyć.


„Kamforę” polecam wszystkim fanom rasowych kryminałów, szczególnie polskich, oraz wszystkim osobom zainteresowanym tematem analizy mowy ciała. Mam nadzieję, że „Kamfora” okaże się pierwszym tomem z cyklu o Zagórskim i Zamojskiej, bo ta para bohaterów ma świetną chemię i potencjał na wiele emocjonujących przygód. Mam również nadzieję, że nazwisko Małgorzaty Łatki będzie niedługo lepiej rozpoznawalne w kanonie polskiego kryminału, ponieważ, moim zdaniem, autorka naprawdę na to zasługuje.


niedziela, 20 listopada 2016

KRWAWA SYMFONIA - REMIGIUSZ MRÓZ „BEHAWIORYSTA”



W ostatniej recenzji dotyczącej twórczości Remigiusza Mroza wspomniałam, że nie znoszę tego autora, ponieważ swoimi niesamowitymi sukcesami wzbudza on u mnie (i chyba u każdego) poczucie klęski. Patrząc na rząd bestsellerów Mroza kończą mi się wymówki, dlaczego jeszcze nie zdążyłam napisać i wydać własnej powieści, co stanowi od lat moje wielkie marzenie. Mam wrażenie, że jeśli mi się to kiedyś uda to tylko na złość Mrozowi :)

Teraz jednak dochodzę do wniosku, że w grę wchodzą siły nadprzyrodzone. Remigiusz Mróz albo jest wampirem albo podpisał pakt z diabłem, bo przecież normalny człowiek nie da rady produkować książek w takim tempie! I to nie byle jakich książek, tylko jednych z najlepszych kryminałów na polskim rynku wydawniczym. Okazuje się, że Mróz pisze nie tylko coraz szybciej, ale w dodatku coraz lepiej.

Na jego ostatnią książkę (a w chwili pisania tej recenzji chyba przedostatnią, bo cóż to jest dla Mroza wydawać dwie powieści miesięcznie) czekałam z wyjątkowym utęsknieniem, zachęcona ciekawym tytułem i świetną, minimalistyczną okładką (która, jak się okazuje w trakcie czytania, ma wiele wspólnego z treścią). Od dawna interesuje mnie behawioryzm i jego rola w rozwiązywaniu spraw kryminalnych. Niedawno czytałam rewelacyjny kryminał Małgorzaty Łatki „Kamfora”, w którym  specjalistka od mowy ciała pomaga policji ująć seryjnego mordercę. „Behawiorysta” porusza poniekąd podobne kwestie.

Bohaterem „Behawiorysty” jest Gerard Edling – były prokurator i najwybitniejszy chyba behawiorysta w Polsce, specjalista od komunikatów niewerbalnych. Oczywiście, jak to u Mroza, nasz bohater jest na bakier z władzami i kolegami po fachu. W momencie rozpoczęcia powieści Gerard jest już BYŁYM prokuratorem, zwolnionym dyscyplinarnie, okrytym niesławą i szczerze znienawidzonym przez wszystkich dookoła (łącznie, zdaje się, z własną żoną i synem). Kiedy jednak zamachowiec zajmuje przedszkole w Opolu, rozpoczynając dziwaczny i niezrozumiały „koncert krwi”, który opiera się na niewyobrażalnym wręcz bestialstwie i niemoralnych wyborach, zrozpaczona policja w postaci byłej podopiecznej Edlinga zwraca się do niego z prośbą o pomoc. Wkrótce Behawiorysta zostaje wciągnięty w skomplikowaną i koszmarną grę psychopaty, której finału nie da się przewidzieć.

Akcja powieści jest po prostu niesamowita. Zawsze szanowałam Remigiusza Mroza za odważnie, często brutalne rozwiązania, ale teraz autor przeszedł samego siebie. Trup się ściele gęsto i to w tak wymyślny sposób, że czasami po prostu brakuje tchu. Książkę czytałam w takim tempie i napięciu, jakbym oglądała dobry, wysokobudżetowy amerykański thriller. Akcja goni akcję, napięcie sięga zenitu, a za każdym razem, kiedy myślałam „no nie, nie odważysz się tego napisać!” Mróz się odważał i to w dodatku w sposób, który przerastał moje najśmielsze oczekiwania.

W dodatku, w przeciwieństwie do lekko obrzydliwego dla mnie komisarza Forsta z tatrzańskiej trylogii Mroza, Gerard Edling okazał się rewelacyjną postacią. Rzadko udaje się pisarzowi wykreować tak niesamowicie oryginalnego i charakterystycznego bohatera. Edlinga mogłabym spokojnie postawić w jednym rzędzie z Sherlockiem Holmesem, czy doktorem Housem. Jego geniusz zawodowy miesza się bowiem z szalenie charakterystycznym sposobem bycia, który jest konsekwentny do ostatniego szczegółu. Edling jest dżentelmenem w każdym calu, porządny do przesady, nieskazitelnie wychowany i przywiązujący niezwykłą wagę do zasad savoir vivre’u, nawet w samym środku koszmarnego śledztwa nie spuszcza z tonu nawet na sekundę.

To właśnie świetnie wykreowany główny bohater w połączeniu z szybką i pełną napięcia akcją, czyni z „Behawiorysty”, moim zdaniem, thriller idealny. Jestem może odrobinkę rozczarowana zakończeniem, które ma dla mnie za dużo podobieństw w trylogią tatrzańską, ale z drugiej strony świetnie pasuje do dramatycznej akcji powieści. Mimo wszystko mam nadzieję, że Gerard Edling powróci jeszcze w innej powieści Remigiusza Mroza, ponieważ jest to zbyt dobra postać, żeby ją tak marnować na jedną książkę :)

Na koniec zostawię sobie jeden wyraźny zgrzyt. Jak już wspominałam na początku tej recenzji, wyjątkowo podoba mi się okładka książki – ponura, minimalistyczna, symboliczna. Dlatego tym bardziej razi mnie blurb od Tess Gerritsen na samym środku, tuż pod tytułem. Dla każdego kto trochę orientuje się w rynku wydawniczym jest jasne, że te „celebryckie” blurby rzadko są zgodne z prawdą i powstają wyłącznie na potrzeby marketingu, tym razem jednak marketingowcy dość konkretnie przegięli, bo niby w jaki sposób Tess Gerritsen miałaby przeczytać „Behawiorystę”, żeby móc go tak entuzjastycznie polecać z okładkowego blurba? W jakim języku przyswajała tę powieść? Książka ledwie schodzi z prasy drukarskiej, a ja mam wierzyć, że równolegle powstało angielskie tłumaczenie specjalnie po to, żeby pani Gerritsen mogła sobie na nie w wolnej chwili rzucić okiem i się zachwycić? Bzdura i to bzdura ewidentna, równie subtelna jak product placement w „Klanie”. Wydaje mi się, że „Behawiorysta” to książka tak dobra, że broni się sama, bez takich manewrów.


I to by było na tyle jeśli chodzi o krytykę, ponieważ, moim zdaniem „Behawiorysta” to absolutnie najlepsza książka Remigiusza Mroza i prawdziwa jazda bez trzymanki. Polecam ją wszystkim fanom mocnych thrillerów – nie będziecie w stanie jej odłożyć, póki nie wybrzmią ostatnie takty „koncertu krwi”.

niedziela, 13 listopada 2016

NIEWINNI WINNI – AŁBENA GRABOWSKA „STULECIE WINNYCH”

Pozory jednak często mylą. Przez pewien czas na Facebooku widziałam odnośniki do recenzji „Stulecia winnych”, ale w nie nie klikałam, ponieważ byłam przekonana, że jest to książka o ofiarach zbrodni wojennych. Z okładki ponuro i oskarżycielsko patrzyły na mnie dwie wytrzeszczone baby umalowane a la upiór, no i ten tytuł… „Stulecie Winnych” – winnych czego? Pewnie jakiś straszliwych zbrodni na tych upiornych kobietach. I jeszcze podtytuł „Ci, którzy przeżyli” – a więc jak nic wspomnienia z obozów zagłady. Dziękuję, postoję, myślałam i nie klikałam w recenzję, bo nie miałam ochoty czytać o ofiarach wojny. W końcu jednak przy kolejnym linku do recenzji uderzyły mnie słowa „saga rodzinna”i nagle wszystko się zmieniło. Słowo saga działa na mnie jak magiczne zaklęcie i od razu wzbudza we mnie żądzę nie tylko czytania, ale też posiadania na własność CAŁEJ sagi. Do dzisiaj pamiętam koszmar sprzed ponad roku, kiedy natknęłam się przypadkiem na pierwszy tom „Cukierni pod amorem” a potem w rozpaczliwym szale szukałam kolejnych, kupując je w rozpaczy po cenach okładkowych (hańba!!!). Dlatego, kiedy w końcu zebrałam się i przeczytałam entuzjastyczną recenzję „Winnych” na jednym z blogów (i jak tu nie wierzyć w głęboki sens istnienia blogów książkowych?) od razu kupiłam sobie pełen zestaw spakowany w urocze pudełko. I błogosławię tę chwilę do dziś, bo sagę łyknęłam w 4 dni i zaoszczędziłam sobie latania z obłędem w oczach po księgarniach w poszukiwaniu kolejnych tomów.

Do rzeczy. „Stulecie Winnych” to nie jest opowieść o ofiarach wojny i ich oprawcach, chociaż wojna odgrywa w tej powieści kluczową rolę. A właściwie dwie wojny i to nie byle jakie, bo światowe. Nie da się jednak napisać sagi polskiego rodu obejmującej okres stu lat i nie pisać o wojnach. Wbrew pozorom tajemniczy „Winni” z tytułu to nie nazistowscy kaci, tylko nazwisko mieszkającej na podwarszawskiej wsi polskiej rodziny, której losy śledzimy. Zaczyna się z przytupem. W 1914 roku rodzą się bliźniaczki Maria i Anna, przy czym ta ostatnia z wielkimi komplikacjami i właściwie cudem uratowana od śmierci, która zamiast noworodka zabiera jej matkę. Wkrótce okazuje się jednak, że hardkorowy poród to dopiero początek przygód małej Ani, która okazuje się osobą absolutnie niezwykłą, obdarzoną szóstym zmysłem. „Stulecie Winnych” to opowieść osnuta właśnie wokół losów Anny Winnej oraz jej rodziców, dziadków, kuzynów, a potem potomków, w tym kolejnych par bliźniaczek w następnych pokoleniach. Saga ukazuje burzliwe losy rodziny polskich patriotów na tle dziejowego zamętu jaki zafundował nam wiek XX. Pierwsza Wojna Światowa, Druga Wojna Światowa, koszmarny okres powstawania PRL, Solidarność, a wreszcie zmiana ustroju i rodząca się epoka polskiego kapitalizmu – wszystkie te wydarzenia mocno zmieniają losy Winnych, którzy aktywnie biorą udział we wszystkich istotnych wydarzeniach i przemianach. Nie jest to jednakże powieść wyłącznie o walce i patriotyzmie, ale przede wszystkim opowieść o zwykłych ludziach, o jednej rodzinie, której codzienne życie upływa w tych skomplikowanych czasach. Narodziny i śmierć. Rozstania i powroty. Miłość i nienawiść. Szczęście i rozpacz. Wszystko to staje się udziałem Winnych.

Ałbena Grabowska snuje swoją opowieść w taki sposób, że po prostu nie da się od niej oderwać. Zanim się człowiek zorientuje, już jest sto stron dalej. Winni okazują się tak fascynujący, a ich burzliwe losy tak ciekawe, że natychmiast się w nich zakochujemy i razem z nimi przeżywamy wzloty i upadki. Wielokrotnie płakałam w trakcie tej lektury, kiedy umierał, któryś z bohaterów (a w ciągu stu lat, które obejmuje akcja powieści jednak trochę tych zgonów było). Postać Anny jest wręcz cudownie wykreowana, a dzięki swoim ponadnaturalnym zdolnościom staje się rewelacyjną osią wydarzeń. Saga napisana jest eleganckim ale zwyczajnym językiem i tacy są również jej bohaterowie – jednocześnie zwyczajni i całkowicie niezwykli. Obok bohaterów fikcyjnych pojawiają się również autentyczne postacie historyczne, co dodatkowo dodaje smaczku lekturze. Poza tym autorce nie brakuje pomysłów, w żadnym z trzech tomów nie ma dłużyzn, wszystkie czyta się z taką samą przyjemnością.

Dodatkowym atutem jest dla mnie fakt, że Ałbena Grabowska dość konkretnie rozprawia się z epoką PRL. Mam wrażenie, że większość źródeł trochę (a nawet bardzo) tę epokę wybiela, bo przecież wojna się skończyła, więc już nie było tak źle. Ten socjalizm może nie najfajniejszy, ale przynajmniej nie ma już Hitlera, więc zawsze to lepiej. Bohaterowie Grabowskiej mają na ten temat inne zdanie i to właśnie w ostatnim tomie wyraźnie widać ich rozgoryczenie jako patriotów tym, co się stało z naszym krajem po wojnie. Winni przeżywają zawód, są sfrustrowani i nie potrafią się odnaleźć w tej zakłamanej rzeczywistości, bo przecież „nie o takę Polskę…”. Ich losy w powojennej rzeczywistości okazują się równie skomplikowane jak za okupacji i dla mnie jest to jeden z najlepszych punktów tej sagi.


„Stulecie Winnych” polecam wszystkim, którzy lubią dobre historie oparte nie na skomplikowanych scenariuszach i efektach specjalnych, ale na losach zwykłych ludzi. Uprzedzam jednak lojalnie, że warto się zaopatrzyć w zapas wolnego czasu, bo od sagi ciężko się oderwać i kończymy czytając trzy książki jedna za drugą. Na szczęście za chwilę Święta i dużo wolnych dni przed nami. Zachęcam do spędzenia ich w towarzystwie rodziny Winnych.