niedziela, 5 marca 2017

ZE ŚMIERCIĄ JEJ DO TWARZY – DARYNDA JONES , CYKL O CHARLEY DAVIDSON

Pamiętam to, jakby zdarzyło się wczoraj.  Oglądałam sobie na YouTube najnowszy odcinek programu Davida Lettermana, kiedy obok Heidi Klum na kanapie zasiadł jakiś artystycznie rozczochrany młody mężczyzna, którego prowadzący zaczął wypytywać o to, jak to jest stać się największym idolem nastolatek w ciągu jednej doby. Wytrzeszczyłam oczy, ponieważ miałam wrażenie, że widzę tego człowieka po raz pierwszy w życiu. Okazało się, że nazywa się Robert Pattinson i opowiadał o tym, jak to jest zagrać główną rolę w adaptacji jednego z największych bestsellerów ostatnich lat. Owego bestsellera również kompletnie nie kojarzyłam, więc, czując że omija mnie jakiś fenomen, czym prędzej zaczęłam googlować ile sił w palcach i już po chwili, przez empik.com (historia działa się wiele lat temu, zanim odkryłam inne księgarnie internetowe), stałam się właścicielką powieści „Zmierzch” po angielsku, w filmowej okładce. Książkę odebrałam kilka dni później, w drodze na uczelnię, gdzie po zakończeniu sesji czekałam na wpis od jednego z wykładowców.  Zaczęłam czytać ją na korytarzu, ściskając indeks w ręku i czekając na upragniony autograf. I wpadłam. Na tym właśnie korytarzu, wśród zgiełku, hałasu i nieustannego ruchu studentów i wykładowców, od pierwszych stron straciłam poczucie rzeczywistości. Nieprzytomna zupełnie, jedną nogą będąc w Forks, drugą w Łodzi, odebrałam wpis, dojechałam do domu i przepadłam właściwie na całą dobę, póki nie dojechałam do ostatniej strony. Przy okazji odkryłam dwa nowe zjawiska literackie: Young Adult i Paranormal Romance, które pokochałam z całego serca.

W późniejszych latach miałam do czynienia z dziesiątkami książek reprezentujących oba te gatunki. Jedne były lepsze, drugie gorsze, większość ciekawa. Podjęłam nawet własną próbę literacką w tym gatunku (na wieczne czasy, niestety, nieukończoną), ciągle wypatrując nowych pozycji. Ostatnio jednak trafiałam na coraz gorsze szmiry. Nudne, przewidywalne, schematyczne i jeszcze raz nudne. Zaczęłam się zastanawiać czy to Paranormal Romance jako gatunek kompletnie się przejadł, czy tylko ja mam pecha i trafiam na wyjątkowe szmiry. Ostatnio jednak oglądając videobloga z recenzjami (i przy okazji przypominając sobie dlaczego nienawidzę videoblogów), natknęłam się na recenzję serii autorstwa Daryndy Jones.  Wśród nadużywanego przez autorkę przymiotnika „mega” wyłowiłam kilka informacji, które zainteresowały mnie na tyle, że postanowiłam zapoznać się przynajmniej z pierwszym tomem cyklu. I wpadłam. Ponownie. Okazuje się, że Paranormal Romance żyje i ma się świetnie! A wszystko za sprawą serii o Charley Davidson.
Cylk Daryndy Jones opowiada o perypetiach pewnej kostuchy. Charley Davidson ma 27 lat, mieszka w Albuquerque w stanie Nowy Meksyk i prowadzi agencję detektywistyczną, ma duży biust i zgrabny tyłek (jej własna opinia), niesamowitą kolekcję zabawnych koszulek, ADD, ironicznie poczucie humoru i tendencję do pakowania się w kłopoty przy każdej okazji . Jest uzależniona od kawy i lubi nadawać imiona przedmiotom oraz częściom własnej anatomii. Oprócz tego, od dnia swoich narodzin, Charley widzi zmarłych. Dość szybko orientuje się, że dzieje się tak dlatego, że jest ona kostuchą – zmarli przechodzą przez nią na drugą stronę. Oczywiście nie wszyscy zmarli, inaczej biedna Charley nie miałaby chwili spokoju, ale wyłącznie ci, którzy mają na ziemi niedokończone sprawy. Dlatego od wczesnego dzieciństwa Charley pomaga najpierw własnemu ojcu a później wujowi,  będącymi policyjnymi detektywami, w rozwiązywaniu śledztw, korzystając z wskazówek udzielonych jej przez nieboszczyków.
Akcja pierwszego tomu, zatytułowanego „Pierwszy grób po prawej” rozpoczyna się, kiedy do Charley przychodzi trójka zamordowanych prawników, którzy proszą ją o pomoc w ustaleniu przyczyny ich śmierci. Jednocześnie sama Charley znajduje się w bardzo dziwnej sytuacji, ponieważ od ponad miesiąca uwikłana jest w ognisty romans z tajemniczym nieznajomym, który nawiedza ją wyłącznie w snach. Kostucha postanawia dowiedzieć się, kim jest ta dziwna istota, kiedy jedno słowo wypowiedziane przez niematerialnego kochanka uruchamia u niej lawinę wspomnień.

Obecnie zaczęłam  czytać już dziesiątą część serii, muszę więc bardzo się pilnować, żeby nie sadzić w tej recenzji spojlerami. Każda część cyklu osnuta jest wokół jakiejś zagadki kryminalnej, którą rozwiązuje Charley, a jednocześnie wokół jej własnej postaci. Wraz z rozwojem serii Charley dowiaduje się wielu zaskakujących faktów o samej sobie i o swoim przeznaczeniu. Dużo miejsca zajmuje również historia jej miłości, o której nie mogę napisać w tej recenzji nic, żeby nie zaspojlerować i nie zepsuć zabawy czytelnikom sięgającym po pierwszy tom. Powiem tyle – jest seksownie, romantycznie i epicko i właśnie dzięki temu wątkowi powieści Daryndy Jones zdecydowanie podpadają pod kategorię Paranormal Romance.

Jednym z najlepszych elementów powieści jest wszechobecny humor. Dzięki narracji pierwszoosobowej jesteśmy cały czas w skórze Charley, która okazuje się absolutnie rewelacyjną bohaterką. Jej niesamowite poczucie humoru, częste żarty słowne oraz specyficzne spojrzenie na świat sprawiają, że książkę czyta się jednym tchem. Charley jest ekscentryczna, bardzo kobieca i niezwykle zabawna i właściwie od pierwszych stron chciałam, żeby została moją najlepszą przyjaciółką.  Oprócz samej Charley mamy do pokochania całą galerię wyrazistych i uroczych postaci drugoplanowych, którzy razem z naszą bohaterką tworzą atmosferę kontrolowanego szaleństwa. Cykl przypomina mi nieco pierwsze tomy serii o wampirach z południa autorstwa Charlaine Harris, do momentu zanim autorka zaczęła sabotować własne postacie, ale Charley Davidson jest zdecydowanie lepszą i ciekawszą bohaterką niż Sookie Stachhouse.


Dzięki połączeniu ciekawych zagadek kryminalnych, wątków paranormalnych, pięknego romansu i wszechobecnego humoru (który objawia się nawet na początku każdego rozdziału, gdzie w miejscu zwyczajowych sentencji mamy hasła z koszulek, naklejek na zderzaki i internetowych memów), cykl o Charley Davidson to prawdziwa jazda bez trzymanki i rewelacyjna lektura. Książkę polecam właściwie wszystkim bez wyjątku, ponieważ wydaje mi się, że ta seria stanowi idealną odskocznię od rzeczywistości i ma szansę spodobać się wszystkim, którzy lubią lekką literaturę. A Daryndzie Jones jestem bardzo wdzięczna za przywrócenie wiary w jeden z moich ulubionych gatunków literackich.

niedziela, 26 lutego 2017

NIE WYMIENIAJ IMIENIA JANE AUSTEN NADAREMNO – MAGDALENA KNEDLER „PAN DARCY NIE ŻYJE”

Jest prawdą powszechnie znaną, że mam absolutnego fioła na punkcie Jane Austen. Zakochałam się w jej twórczości w chwili gdy jako nastolatka po raz pierwszy sięgnęłam po „Dumę i uprzedzenie”. Od tego czasu Jane Austen towarzyszy mi stale: pisałam na jej temat zarówno pracę licencjacką, jak i magisterską, na ścianie w gabinecie mam jej portret, posiadam też liczne kubki, koszulki, torby i inne gadżety z jej podobizną, oraz co lepszymi cytatami z jej powieści, a nawet replikę jej słynnego pierścionka z turkusem. Moje egzemplarze jej dzieł są już porządnie zeszmacone od ciągłego czytania, a DVD z ich ekranizacjami nieco porysowane od wielokrotnego odtwarzania. Jakże więc mogłam przejść obojętnie obok książki o tytule „Pan Darcy nie żyje”?

Kusi już sama okładka – elegancka, minimalistyczna, z zarysem pięknego dworu, zapewne Pemberley i spadającym z nieba mężczyzną we fraku, zapewne Panem Darcy. Tytuł też jest prowokujący. Jak to Pan Darcy nie żyje?! Kto ośmielił się targnąć na życie mojej największej literackiej miłości?! Przecież świat nie może dalej istnieć bez Pana Darcy! Opis na tylnej okładce również zachęca do lektury. Wynika z niego, że książka to kryminał, którego akcja dzieje się na planie kolejnej ekranizacji „Dumy i uprzedzenia”. Tym razem jest to produkcja robiona z iście hollywoodzkim rozmachem i gwiazdorską obsadą, w samym środku której, jak bolący ząb tkwi odtwórca roli Darcy’ego – początkujący i nielubiany (i w dodatku, o zgrozo!, blondwłosy) aktor Peter Murphy. Jego nagła i tajemnicza śmierć na samym początku zdjęć wywołuje olbrzymie zamieszanie wśród obsady i ekipy produkcji oraz ujawnia całą masę skrywanych sekretów, które mają szansę przebić nawet fabułę samej Austen.

Brzmi nieźle, prawda? Ja również tak pomyślałam i kiedy tylko zobaczyłam tę książkę, natychmiast ją sobie kupiłam i w wielkim podnieceniu zaczęłam lekturę tuż przed Bożym Narodzeniem, skończyłam zaś pod koniec lutego, co powinno Wam zasugerować, że książka raczej mi się nie podobała.

Zaczyna się nawet nieźle. Mamy opis początkowego stadium produkcji, wprowadzonych bohaterów, zawiązaną akcję, pojawia się nawet ciekawy klimat towarzyszący dużej produkcji filmowej. Autorce trzeba przyznać, że bardzo dobrze orientuje się w topografii Anglii, oraz jest świetnie zorientowana w dobrych brytyjskich serialach i ekranizacjach klasyków literatury. Potem jednak tytułowy Pan Darcy (a raczej jego nędzna namiastka) ginie i zaczyna się część „kryminalna” powieści, która ją rozkłada na łopatki z różnych powodów. Przede wszystkim w książce jest zbyt wielu bohaterów, a krótkie rozdziały bez przerwy przerzucają się między kolejnymi punktami widzenia (mimo narracji trzecioosobowej, w każdym rozdziale nacisk pada na inne postaci). Wszystko to dałoby się jednak spokojnie ogarnąć, gdyby nie kompletna nieumiejętność autorki stworzenia przyzwoitych dialogów. Bohaterowie – dorośli, wykształceni i światowi ludzie – porozumiewają się między sobą językiem wręcz gimnazjalnym, bez przerwy sobie wzajemnie przerywając i wchodząc w słowo. W dodatku ulubionym znakiem interpunkcyjnym autorki jest z znienawidzony przeze mnie wielokropek, którego w takim natężeniu nie widziałam od czasu, gdy jako wczesna nastolatka próbowałam przebrnąć przez powieść Barbary Cartland. Wielokropek oznacza pauzę w wypowiedzi i w związku z tym wszyscy bohaterowie tej książki brzmią jakby byli po udarze mózgu albo mieli permanentną sraczkę werbalną. Oto próbka umiejętności autorki w postaci bezpośredniego cytatu: „Aha…Tak….Zajebiście” – oświadcza jedna z głównych bohaterek w reakcji na coś. I tak wygląda prawie każda linijka dialogu. Jest to tak koszmarnie męczące, że musiałam przerywać czytanie co mniej więcej dwadzieścia stron i robić sobie tydzień przerwy. W dodatku Magdalena Knedler namiętnie stosuje najtańszy chwyt z kryminałów, kiedy to podczas dialogu dwoje bohaterów znających jakąś tajemnicę porozumiewa się między sobą ogólnikami, żeby czytelnik mógł wyciągnąć zaledwie połowiczne wnioski, w stylu „wiesz, musimy porozmawiać o tamtej nocy i o tym co się wtedy stało”. Okay, ja rozumiem, że to jest taki zabieg pisarski, ale w momencie, kiedy trzy czwarte fabuły składa się z dokładnie tej samej sztuczki i bohaterowie rozmawiają ze sobą za pomocą niedomówień jeszcze dwadzieścia stron przed końcem powieści, to to już dawno nie jest ekscytujące tylko cholernie wkurzające. I do tego ten diabelny wielokropek, więc w sumie wygląda to tak: „wiesz... musimy porozmawiać o … tamtej nocy… i o tym …co się wtedy stało”. W dodatku zakończenie jest lamerskie  i wcale mnie nie usatysfakcjonowało, a jednego z głównych plot twistów domyśliłam się mniej więcej w połowie powieści.
I na końcu największy zawód. Powieść skierowana jest „do fanów Jane Austen i nie tylko”, ale okazuje się, że jest to nic więcej jak tylko bezczelny chwyt marketingowy, bo w książce powiązań z prozą Austen jest tyle co kot napłakał. Z całej wielkiej adaptacji DiU mamy wyłącznie pół jakiejś bezsensownej sceny oraz tego nieszczęsnego Pana Darcy w tytule, natomiast jakieś 85% powieści nie ma kompletnie nic wspólnego z Austen. Nie od dzisiaj wiadomo, że wszystko co jest sygnowane nazwiskiem brytyjskiej autorki doskonale się sprzedaje, ale problem polega na tym, że jeśli mamy Austen w tytule to chcemy otrzymać Austen w treści. Gdyby cała akcja książki rozgrywała się na planie ekranizacji, albo gdyby fabuła przypominała rozwiązania z jej powieści, albo cokolwiek w tym stylu, nie miałabym pretensji. Tymczasem Austen wykorzystana jest wyłącznie w tytule i na okładce żeby przyciągnąć fanów, a akcja powieści równie dobrze mogłaby rozgrywać się na planie jakiegokolwiek filmu i wyszłoby dokładnie na to samo. Dla mnie jest to po prostu naciąganie fanów Jane Austen i próba zarobienia na jej fenomenie i dlatego czuję się  nie tylko zawiedziona, ale zwyczajnie oszukana.


Książki nie polecam fanom Jane Austen, ponieważ nie znajdą w niej niczego dla siebie. Mogę ją rekomendować wyłącznie fanom Barbary Cartland oraz wielokropków wciskanych gdzie popadnie. Ogólnie – strata czasu i zmarnowanie naprawdę ślicznej okładki, a szkoda, ponieważ autorka miała całkiem niezły pomysł na fabułę i gdyby starczyło jej umiejętności, mogłaby z tego być naprawdę niezła książka.

czwartek, 9 lutego 2017

MURDER, SHE WROTE – ALEK ROGOZIŃSKI „DO TRZECH RAZY ŚMIERĆ”

Czegóż się nie robi z miłości? Jak każda osoba kompulsywnie kupująca książki empik omijam szerokim łukiem, ponieważ tam na ogół można nabyć literaturę wyłącznie po cenach okładkowych. Tym razem jednak, chcąc się wyrobić na spotkanie autorskie z Alkiem Rogozińskim, złapałam w empiku jego najnowszą powieść i nawet mi ręka nie drgnęła przy kasie :) I nadal nie żałuję, bo na to spotkanie mogliby spokojnie sprzedawać bilety, dawno się tak nie uśmiałam :)
„Do trzech razy śmierć” otwiera nowy cykl z nową bohaterką, jednak fani pisarza mogą odetchnąć z ulgą – jest w nim wiele odniesień do poprzednich hitów autora, czyli „Ukochanego z piekła rodem” i „Morderstwa na Korfu”. Tym razem główną postacią jest autorka kryminałów Róża Krull, która zostaje zaproszona (a raczej podstępnie wrobiona przez swojego publicystę) na spotkanie autorskie, wraz z kilkoma innymi popularnymi polskimi pisarkami. Wkrótce jednak podkrakowski dworek, w którym w założeniu miało odbywać się wydarzenie kulturalne wysokich lotów, mające zaowocować przebojowym wejściem polskiej literatury na światowe rynki, zamienia się w krwawą łaźnię, w której trup pada gęsto i nikt nie może się czuć bezpiecznie…

Spokojnie, to tylko tak okropnie brzmi. Jeśli ktoś się nieco przestraszył powyższym opisem polecam jeszcze raz spojrzeć na nazwisko autora. Alek Rogoziński nie bez powodu jest zwany „Księciem Komedii Kryminalnych”, za każdym razem kiedy sięgamy po jego powieść możemy się spodziewać, że będzie i strasznie i śmiesznie. Chociaż  tym razem autor postawił jednak bardziej na kryminał niż komedię. „Do trzech razy śmierć” jest o wiele bardziej kryminalne niż poprzednia książka autora, „Jak cię zabić kochanie?”. Mamy tu kilka ofiar i wiele niebezpiecznych momentów, ale nawet przez chwilę nie jest ponuro, bo charakterystyczny lekki styl autora, z barwnymi, soczystymi metaforami oraz same bohaterki (i bohaterowie też) dostarczają mnóstwa rozrywki. Tym razem przy lekturze obyło się bez czkawki i kolki, ale przy scenie z „alternatywnymi” dedykacjami i tak rżałam jak młoda klacz.

Jednocześnie „Do trzech razy śmierć” to naprawdę dobry, solidny kryminał z ciekawą zagadką i skomplikowaną fabułą. Dzięki zgrabnemu poprowadzeniu akcji do końca nie domyśliłam się, kto jest mordercą i w punkcie kulminacyjnym byłam mocno zaskoczona, co jest dla mnie miarą dobrej powieści kryminalnej.

Dodatkową radochę sprawiał mi fakt, że akcja dzieje się w środowisku pisarskim, które z racji moich (na razie niespełnionych) literackich ambicji,  jest dla mnie wyjątkowo fascynujące. Rogoziński, z charakterystycznymi dla siebie humorem i nutką złośliwości opisał to szalone i jakże specyficzne grono, doskonale odmalowując karykatury panteonu polskich pisarek literatury obyczajowej (bo, jak się okazuje, za nazwę „romansopisarki” wszystkie śmiertelnie się obrażają). Niestety, nie orientuję się zbyt dobrze w polskich romansach, ponieważ kompletnie nie leży mi ten gatunek, więc nie domyśliłam się kim jest legendarna Kika Luna, ale wydaje mi się, że rozgryzłam kompletnie nawiedzoną Mariellę Miszalek i jej „górnolotne” metafory, przy których prawie popłakałam się ze śmiechu. Wisienką na torcie natomiast jest obecność w powieści trzech blogerek książkowych, wzorowanych na trzech prawdziwych blogerkach, których blogi czytam i uwielbiam. Jako (początkująca, ale zawsze) blogerka książkowa cieszę się, że autor zauważa to środowisko i że stanowi ono dla niego pewną inspirację :) W ogóle ostatnio stwierdzam, że bycie blogerem książkowym w Polsce to wcale nie jest zła fucha! Były już dedykacje dla naszego środowiska w kilku książkach znanych autorów, a teraz nawet mamy swoje reprezentantki na kartach powieści! Brawo my! :) Drugą wisienką jest cameo wielkiej diwy polskiej piosenki Klaudii Hutniak – jak zawsze nawiedzonej i prześmiesznej.

Długo się zastanawiałam, czy w „Do trzech razy śmierć” jest się czego uczepić, żeby nie było zbyt różowo, ale niespecjalnie mam okazję się wykazać, bo Rogoziński napisał kolejną powieść w swoim unikalnym stylu, która jego miłośnikom na pewno się spodoba, a hejterom na pewno nie. Jedyna rzecz, która mnie osobiście zgrzyta w zębach, to przerabianie polskich imion niektórych bohaterów na obcojęzyczne wersje. Nie znoszę tego zjawiska, moim uczniom stanowczo zabraniam tego na lekcjach i tłumaczę, że John Smith po przyjeździe do Warszawy na pewno nie zacznie przedstawiać się jako Jan Kowalski. W przypadku Pepe – jednego z bohaterów, jest to zresztą  nawet uzasadnione, zważywszy na jego południową urodę, ale za to już Betty mnie konkretnie irytowała, ale to już taki mój mały zawodowy świr i podejrzewam, że nikt inny się tym nie przejmie. Ale żeby nie było – znalazłam coś do krytyki! :)


Książkę polecam zdecydowanie zarówno fanom komedii jak i kryminałów spragnionych nieco lżejszej rozrywki w zimowy wieczór. Uroczy wieczór z dużą dawką śmiechu gwarantowany!


niedziela, 29 stycznia 2017

PIĘKNIEJSZE ODCIENIE SZAROŚCI – SERIA „QUANTUM” M.S. FORCE

Długie zimowe wieczory to idealna pora na lekturę dobrego romansu erotycznego, który rozgrzewa lepiej niż herbata z rumem,  dlatego też ostatnio zaczęłam nadrabiać zaległości w tym gatunku. Niedawno w ofercie jednego z wydawnictw mignęła mi seria „Quantum” autorstwa M.S. Force, i postanowiłam wziąć na warsztat pierwsze trzy tomy, które stanowią właściwie trzy części jednej historii.
Najpierw może napiszę co nieco o fabule, żeby każdy mógł zrozumieć, dlaczego w tej recenzji po raz kolejny będę odwoływać się do Greya. To nie jest tak, że mam obsesję na punkcie tej serii i teraz każda moja recenzja będzie zawierać zdanie „to jest lepsze od Greya”. Właściwie takie zdanie mogłoby się znajdować w każdej recenzji każdej książki na świecie, bo moim zdaniem wszystko jest lepsze niż Grey, ale seria „Quantum” właściwie wymusza takie porównania, a oto dlaczego:

Natalie Bryant jako nastolatka przeżyła olbrzymią traumę na tle seksualnym, co spowodowało u niej pragnienie pozostania dziewicą do ślubu, a może nawet dłużej. Pewnego dnia jednak dosłownie wpada na największego gwiazdora Hollywood – Flynna Godfreya, który zaczyna  w niej budzić instynkty, o które wcześniej się nie podejrzewała. Natalie nie ma jednak pojęcia, że Flynn skrywa tajemnicę: jest seksualnym dominatorem, bardzo zaangażowanym w styl życia BDSM. Czy związek Natalie i Flynna ma jakiekolwiek szanse na przetrwanie?

No właśnie: BDSM, seksualna dominacja, znamy to przecież  z Greya. Jednocześnie w przedmowie do książki autorka wyraźnie pisze, że nie tylko nie inspirowała się szarą serią, ale wręcz nigdy jej nie czytała.  Moją pierwszą myślą po przeczytaniu tych słów było „taaa, jasne…”, ale w miarę lektury zaczęłam autorce bezwzględnie wierzyć, głównie dlatego, że „Quantum” jest wszystkim tym, czym Grey nie jest i nigdy nie będzie.

Przede wszystkim, w przeciwieństwie do E.L. James, M.S. Force autentycznie zrobiła research przed napisaniem swojej książki i postarała się zrozumieć na czym polega to zjawisko i o co w nim chodzi. W swoim czasie, próbując bezskutecznie pojąć co kręci ludzi w BDSM, przeczytałam kilka ciekawych artykułów psychologicznych na ten temat  (między innymi rewelacyjny artykuł o tym, dlaczego Grey to nie jest książka o BDSM tylko o toksycznym związku) i byłam zachwycona faktem, że w „Quantum” właściwie wszystko pokrywa się z psychologicznym aspektem tego nurtu. Sam motyw interakcji ofiary przemocy seksualnej z dominatorem jest niezwykle ciekawy i zajmuje dużo miejsca w powieści. Autorka podeszła do tematu rzetelnie i z dużym wyczuciem, co powoduje, że „Quantum” to nie tylko romans erotyczny, ale też zaskakująco ciekawa powieść psychologiczna.

Fanki gatunku uspokajam jednak – te seria to przede wszystkim jednak erotyk, ze wszystkimi zasadami gatunku. Mamy więc klasyczne insta-love (a nawet bardzo insta, bo bohaterowie spieszą się ze wszystkim, jakby świat miał się zaraz skończyć), jest super-mega-przystojny główny bohater, w tej serii na dokładkę gwiazdor Hollywood, jest romantycznie, jest seksownie a momentami melodramatycznie.

W odróżnieniu od Greya jednak, Flynn Godfrey to bohater, którego można autentycznie polubić. W tym wypadku BDSM nie wychodzi poza granice sypialni, Flynn nie poniewiera Natalie na każdym kroku, jak Grey Anastasią, nie przymusza jej do jedzenia i nie stalkuje jej. Wręcz przeciwnie – jest przesympatycznym, szczodrym i zabawnym facetem i gdyby nie jego upodobanie do dziwnego seksu, pewnie bym się w nim zakochała :)

Sama Natalie też jest bardzo fajną bohaterką, oczywiście z elementami Mary Sue, ale bez wywoływania odruchu wymiotnego i naprawdę da się ją polubić. Pierwsze dwa tomy serii „Pragnienie” i „Kuszenie” są naprawdę niezłe, zacinałam się dopiero na trzecim czyli „Spełnieniu”, bo tam już jest zdecydowanie więcej BDSM, które mnie nie kręci (i tu powstaje pytanie dlaczego w takim razie czytam takie książki, na które są dwie możliwe odpowiedzi: 1. Bo ostatnio trzy czwarte romansów zawiera BDSM <damn you, Grey!!!>, 2. Bo jestem literacką masochistką). Resztę serii sobie daruję, bo wiem, że są to przygody innych członków klubu Quantum, ale te pierwsze trzy są naprawdę solidnymi romansami. Swoją drogą nie rozumiem, dlaczego właściwie ta historia jest rozbita na trzy części, każda po 200 stron, skoro można było spokojnie zrobić dwa tomy po 300 stron.  Nie lubię takiego bezczelnego wyłudzania pieniędzy czytelnika, ale cóż zrobić, najwyraźniej ostatnio modne są trójkąty :)  Swoją drogą po raz pierwszy chyba o wiele bardziej podobają mi się polskie okładki książki niż oryginalne. 


Serię „Quantum” polecam więc przede wszystkim fankom „Greya” i mam nadzieję, że po przeczytaniu obu zrobią sobie porównanie i wyciągną odpowiednie wnioski. A M.S. Force z całego serca dziękuję, że nie czytała szarej serii i zrobiła to po swojemu i o niebo lepiej.

niedziela, 22 stycznia 2017

SIEDEM PLAG EGIPSKICH W ŁODZI – KATARZYNA BONDA „LAMPIONY’


O tę powieść pytali mnie wszyscy – rodzina, znajomi, uczniowie. Czy już czytałam? Czy dobra? Czy warto ją kupić na prezent pod choinkę? Wygląda na to, że nowa powieść Katarzyny Bondy miała naprawdę dobrą promocję, ponieważ tuż po premierze wiedzieli o jej wydaniu wszyscy, zarówno ci czytający nałogowo jak i literaccy laicy. Tymczasem ja miałam olbrzymi problem z odpowiedzią na zadawane mi na jej temat pytania i to nie tylko dlatego, że leżała u mnie w widocznym miejscu jak wyrzut sumienia, z wetkniętą w różne miejsca zakładką (przez ostatni miesiąc zaznaczoną na stu stronach od końca),  przypominając mi, że powinnam ją wreszcie przeczytać i zrecenzować, ale również dlatego, że nie mam zielonego pojęcia, czy mogę ją z czystym sumieniem polecić czy nie, ponieważ, jak zwykle w przypadku twórczości Katarzyny Bondy, również „Lampiony” wzbudziły we mnie uczucia ambiwalentne.
Najpierw krótko o fabule. W Łodzi wiele się dzieje. Tutaj płoną stare kamienice, tam islamscy terroryści detonują bomby na lokalnym lotnisku, gdzieś jeszcze ktoś podejrzanie łazi po zabytkowych kanałach. Jest jakiś szalony poeta, jest kobieta, która straciła córkę na rzecz wyznawców Allaha, jest młody, zagubiony chłopiec z problemami, jest również szajka „czyścicieli” kamienic u progu dużych pieniędzy. Są łódzcy menele, jest policja, są awangardowi artyści, studenci filmówki, a nawet jeden raper. No i jest Sasza Załuska, „zesłana” do Łodzi z Trójmiasta w celu rozwiązania tego wielkiego bałaganu. Czy uda jej się poskładać tę skomplikowaną układankę i powiązać z pozoru nic nie mające ze sobą elementy w jedną logiczną całość?

Największy problem jaki miałam z „Lampionami” to właśnie mnogość elementów fabuły. Na co dzień chwalę się fenomenalną wręcz pamięcią, ale w tym przypadku poległam na całej linii. Każdorazowe odłożenie książki na dłużej niż kilka godzin powodowało, że zapominałam kto jest kim i co jeden wątek ma wspólnego z drugim. W dodatku przez większość czasu zdawało mi się, że to się nie może jedno z drugim logicznie wiązać i w miarę jak zbliżałam się do końca powieści coraz czarniej widziałam zamknięcie fabuły jako logicznej całości. Muszę przyznać, że okazało się, że autorka miała jednak pomysł i zakończenie podsumowuje i wiąże wiele wątków. Wiele, ale nie wszystkie. Jak zwykle u Bondy, znajdujemy szereg szczegółowych scen, które są kompletnie nieprzydatne dla ogółu fabuły, postaci, których zadaniem jest chyba tylko wzbogacenie kolorytu tła. Z jednej strony ciekawie się to czyta, ale z drugiej, w tym wypadku nastąpiło u mnie zwyczajne przeładowanie wiadomościami , które wywołało zmęczenie, stres i zniechęcenie. W dodatku po przeczytaniu tej powieści nie jestem w stanie odpowiedzieć sobie na pytanie o czym ona właściwie była.

Z drugiej strony jako łodzianka czekałam na tę książkę z wielką niecierpliwością, bo uważałam, że mojemu miastu należy się dobry kryminał. Łódź jest zawsze ignorowana, pomijana na rzecz innych miast, podsumowywana jako miasto kiboli, meneli i brudnych kamienic. Już po przedpremierowych wypowiedziach autorki wiedziałam, że ta książka zaprezentuje zupełnie inne podejście do mojego miasta i tutaj faktycznie się nie zawiodłam. Katarzyna Bonda wykonała niesamowity wręcz research do swojej książki i gdybym nie wiedziała skąd pochodzi, przysięgłabym, że jest właśnie z Łodzi. Topograficznie jest bezbłędnie, językowo wręcz zachwyca – wszystkie „łodzizmy” znalazły się na kartach „Lampionów”, od klasyków jak „migawka” czy „krańcówka” po najnowsze hity typu „Stajnia Jednorożców”. Dla każdego łodzianina to miód na serce i fantastyczna zabawa. W dodatku autorka doskonale wyczuła specyficzny i unikalny klimat tego miasta, uczyniła je żywym, tajemniczym i interesującym, oddała mu hołd na jaki dawno już zasługiwało.
Czy w związku z tym mogę polecić tę książkę? I tak i nie. Nie mogę z czystym sercem polecić jej jako kryminału – moim zdaniem  jest na to zdecydowanie zbyt przeładowana wątkami pobocznymi i postaciami drugoplanowymi, co w rezultacie zaciera fabułę. Jako kryminał „Lampiony” są wręcz męczące. Jako część cyklu o Saszy Załuskiej też jest nieco słabo, Sasza oprócz zachwycania się osobliwym urokiem Łodzi niewiele robi jako profilerka. W pewnym momencie dochodzi nawet do kuriozalnej sceny, w której ekipa policjantów dosłownie losuje, kto może być mordercą. Wątki życia osobistego Saszy też są w tym tomie wyjątkowo nudne i irytujące i wciśnięte właściwie na siłę, a Duch robi się już tak denerwujący, że dosłownie mierziły mnie sceny z jego udziałem.


Jednocześnie autorka w posłowiu wspomina, że „Lampiony” to bardziej powieść o mieście niż klasyczny kryminał i uważam, że jeśli potraktuje się tę książkę właśnie w takiej kategorii, to jest ona niezwykła i absolutnie godna polecenia. W tej powieści główną bohaterką jest Łódź, porównana w jakimś momencie do przechodzonej diwy, niezwykła, specyficzna, piękna w swej brzydocie. Myślę, że „Lampiony” to lektura obowiązkowa dla każdego łodzianina, ale wartościowa dla każdego Polaka, jako monumentalna panorama jednego z najbardziej specyficznych miast Polski. Wrzućcie więc do tytki flaszkę gołdy,  żulik lub angielkę, zagryźcie czarnym, wykupcie migawkę, odnajdźcie krańcówkę  i ruszcie w podróż po Łodzi, oświetlonej tajemniczym i migotliwym płomieniem „Lampionów”. Miłej lektury!

piątek, 20 stycznia 2017

MIESZKO, MIESZKO MÓJ KOLEŻKO – KATARZYNA BERENIKA MISZCZUK „NOC KUPAŁY”


Powieść „Szeptucha” Katarzyny Bereniki Miszczuk okazała się dla mnie jednym z największych pozytywnych zaskoczeń czytelniczych w zeszłym roku. Połączenie struktury paranormal romance ze słowiańskimi wierzeniami okazało się przepisem na niebanalną i ciekawą  książkę, dającą dużą radość czytania. Dlatego też drugi tom cyklu czyli „Noc Kupały” zamówiłam sobie w prezencie gwiazdkowym. Najtrudniejszym zadaniem okazało się dla mnie cierpliwe doczekanie  do dwudziestego czwartego grudnia, ale za to lekturę zaczęłam zaraz po zakończeniu wigilijnej wieczerzy :)

„Noc Kupały” podejmuje akcję tam, gdzie „Szeptucha” ją skończyła. Główna bohaterka, Gosława,  nadal odbywa staż u szeptuchy Baby Jagi,  od pewnego czasu wzbogacona o wiedzę, że słowiańscy bogowie naprawdę istnieją i w dodatku mają do niej bardzo poważny interes, albowiem tylko ona, jako pierwsza osoba od tysiąca lat, ma szansę na odnalezienie mitycznego kwiatu paproci, który z różnych powodów jest wszystkim dookoła potrzebny do szczęścia. W dodatku  kwiatu pragnie również Mieszko (tak, TEN Mieszko, pierwszy swego imienia, władca Polan itd. ), w którym Gosia dość konkretnie i z niejaką wzajemnością się kocha. Wiadome jest również, że wszystkie strony, które NIE dostaną kwiatu planują krwawą zemstę na biednej Gosławie…

Drugie tomy serii mają to do siebie, że zwykle są najsłabsze. Dzieje się tak ponieważ nie mają już uroku nowości i elementu zaskoczenia z pierwszej części, a autorzy rzadko decydują się na drastyczne rozwiązania, zostawiając je na końcowy tom serii. Tym razem jednak autorce udało się znaleźć dobre rozwiązanie, które sprawiło, że „Noc Kupały” czyta się równie dobrze jak „Szeptuchę”. Rozwiązaniem tym są tak zwane „flashbacki” Mieszka, czyli przebłyski jego wspomnień, przenoszące akcję w daleką przeszłość. Jako osoba zainteresowana wczesną historią Polski i dość dobrze oczytana w tym temacie, jestem bardzo pozytywnie zaskoczona solidnym researchem, jaki wykonała autorka. Oczywiście, w tym wypadku mamy do czynienia z fikcyjną i alternatywną wersją historii, ale opartą na solidnych fundamentach i równie wiarygodną jak u Cherezińskiej. Moim zdaniem to właśnie wspomnienia Mieszka stanowią najbardziej atrakcyjny element fabuły powieści.

Mamy też największe przeboje z poprzedniego tomu, czyli cyniczne wstawki Baby Jagi, hipochondrię Gosi i ciekawe postacie drugoplanowe, a Mieszko jest równie seksowny i tajemniczy jak w pierwszym tomie, więc fani „Szeptuchy” nie powinni czuć się zawiedzeni jej kontynuacją. Powieść ma też mnóstwo elementów humorystycznych i tak jak pierwszy tom bawi, na przykład opisami wyznawców bogini Mokosz jako współczesnych hipisów. Jednocześnie „Noc Kupały” daje autorce możliwość opisania kilku kolejnych świąt i rytuałów związanych ze słowiańskimi wierzeniami, takich jak postrzyżyny czy tytułowa kupalnocka.  Dla mnie właśnie te opisy stanowiły jedne z najprzyjemniejszych momentów w powieści, wzbudzając we mnie nostalgię i odrobinę żalu, że te tradycje odeszły już w niepamięć. K.B. Miszczuk tak ładnie opisuje słowiańskie święta, że bez wahania zamieniłabym niektóre obecne tradycje na te dawniejsze.

Zakończenie tomu jest ciekawe, mocne i sensacyjne, sprawiając, że nie można doczekać się trzeciej i ostatniej części, która, mam nadzieję ukaże się w tym roku. „Noc Kupały” to naprawdę dobra kontynuacja, rozwijająca i wzbogacająca oryginalny i ciekawy pomysł autorki na połączenie słowiańskich wierzeń z dwudziestopierwszowieczną mentalnością. Teraz pozostaje nam tylko czekać na trzecią odsłonę przygód Gosławy i Mieszka czyli „Żercę” – oby nie za długo!

poniedziałek, 9 stycznia 2017

HOT STUFF – ALEXA RILEY ‘EVERYTHING FOR HER’ I MAŁY RANT O ROMANSACH EROTYCZNYCH

Niedługo Walentynki  i do kin wejdzie druga część “Pięćdziesięciu twarzy Greya”, ekranizacji sagi (?) erotycznej, która stała się bestsellerem, a której fenomenu do dziś nie mogę zrozumieć. Wielokrotnie rozmawiając o tej książce z różnymi osobami i próbując pojąć, dlaczego stała się tak popularna, tłumaczyłam na prawo i lewo, że „Grey” to nie tylko zła literatura, ale przede wszystkim zła literatura erotyczna i naprawdę nie ma się czym podniecać. Ubóstwo języka autorki, nudne, wydumane i powtarzalne sceny pisane pod ten sam schemat, sprawiały, że mój racjonalny mózg nie dał rady wyłączyć się nawet na chwilę i wysyłał mi rozpaczliwe sygnały, że to przecież tak nie powinno wyglądać, te całe czerwone pokoje tortur, klęczenie pod drzwiami, bicze i pasy – tak się nie powinien zachowywać zakochany mężczyzna w stosunku do swojej kobiety. Właściwie przez większość lektury miotałam się między niesmakiem a irytacją i najchętniej wykorzystałabym wszystkie te zabawki z czerwonego pokoju, żeby sprać nimi głównego bohatera na kwaśne jabłko, a wydaje mi się, że nie to jest celem erotyka.

Jednocześnie mam wrażenie, że „Grey” stał się tak popularny, ponieważ była to jedna z pierwszych książek tego gatunku nie wydana pod egidą Harlequina tylko „normalnego” wydawnictwa, z elegancką okładką, która nie krzyczy z daleka „czytam badziewne porno dla kobiet!!!”, dostępna w „normalnych” księgarniach i na czytniki. Pewnie dlatego dla wielu osób było to pierwsze spotkanie z literaturą erotyczną i przez brak porównania ta powieść uznana została za dobrą. Jedynym pozytywnym aspektem fenomenu „Greya” jest, moim zdaniem, otwarcie się rynku na romanse erotyczne. Co prawda większość tego potencjału została zmarnowana na przykład na ciągnącego się w nieskończoność „Crossa” (tak nudnego i schematycznego, że wymiękłam w połowie pierwszego tomu), ale dzięki temu można było przeczytać  w Polsce na przykład „Real” Katy Evans, jeden z lepszych romansów w tym gatunku, jaki czytałam. Katy Evans w ogóle chyba się nieźle u nas przyjęła, bo ostatnio widziałam mnóstwo recenzji jej powieści „Manwhore” (mnie osobiście dwa pierwsze tomy tej serii nie zachwyciły, ale trzeci bardzo mi się podobał, o dziwo z powodu mniejszej ilości scen erotycznych, ale za to dzięki lepszej fabule). Jest więc nadzieja na to, że polski rynek wydawniczy będzie oferował coraz szerszy zakres tego typu literatury.

Początek 2017 roku przyniósł jednak na rynku romansów erotycznych prawdziwą petardę. Jest to powieść „Everything for Her” autorstwa Alexy Riley.  Alexa Riley to dwie przyjaciółki, które wspólnie piszą bardzo krótkie książeczki dla bardzo niegrzecznych dziewczynek. Takie książki nazywa się po angielsku „smut” czyli „świństewka” i mają tylko jedno zadanie – rozpalić wyobraźnię i podniecić czytelniczki (nie czarujmy się, książki typu „smut” w 99% czytają kobiety). Autorki  wyrobiły sobie swoje ulubione schematy, które dostarczały zadowolenia wszystkim fankom, ale ewidentnie postanowiły rozwinąć skrzydła i zdecydowały się wreszcie na napisanie powieści pełnej długości. Moim zdaniem był to strzał w dziesiątkę, bo zaowocował świetnym erotykiem, od którego po prostu nie można się oderwać.
Fabuła jest dość prosta, jak zwykle w przypadku tego typu powieści. Miles po raz pierwszy ujrzał Mallory, gdy ona miała lat siedemnaście a on dwadzieścia dwa  i zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia. Właściwie „zakochał” to trochę zbyt słabe słowo, należałoby napisać, że dostał na jej punkcie prawdziwej obsesji. Stwierdził jednak, że Mallory jest na tym etapie nieco zbyt młoda, więc postanowił na nią poczekać. Jednocześnie, jako bogaty i wpływowy człowiek postanowił zbudować dla Mallory ścieżkę, która  w ciągu kilku lat prostą drogą doprowadzi ją do niego. Mallory, oczywiście, nie ma zielonego pojęcia, że jej stypendium na uniwersytecie Yale a potem staż w prestiżowej korporacji Osbourne Corporation to wszystko sprawka Milesa. Sytuacja nabiera tempa, kiedy po ukończeniu studiów dwudziestodwuletnia Mallory przybywa do Nowego Jorku i w barze poznaje przystojnego i tajemniczego mężczyznę, którego przezywa Oz. Oz od początku wydaje się mocno nią zauroczony, jednak intensywność jego uczuć nieco przeraża Mallory, która nie ma właściwie żadnego doświadczenia w sprawach męsko-damskich. Co stanie się, kiedy wyjdzie na jaw, że Oz to Miles, który już od pięciu lat plecie skomplikowaną sieć intryg by schwytać w nią niczego nieświadomą Mallory?

„Everything for Her” ma wszystkie elementy, które, moim zdaniem, powinien mieć dobry romans erotyczny. Przede wszystkim insta-love, które akurat jest specjalnością Alexy Riley i bardzo dobrze im wychodzi. W odróżnieniu od innych powieści z tym wątkiem (przede wszystkim nieszczęsnego „Greya”), w tym wypadku nie miałam problemu z uwierzeniem, że Miles autentycznie oszalał na punkcie Mallory od pierwszego wejrzenia. Może dlatego, że Oz nie jest jakimś sztampowym playboyem, który zaliczył już pół miasta i nagle doznał objawienia i całkowicie się zmienił. Wręcz przeciwnie, Oz od początku jest specyficzny i konsekwentny i dzięki temu wiarygodny.  Cała intryga ze stopniowym osaczaniem Mallory ma za zadanie być seksowna i podniecająca i dokładnie taka jest. W odróżnieniu od „Greya”, nie miałam tu uczucia, że bohaterka jest uwikłana w chory związek, z którego powinna jak najszybciej uciec. Miles ma dobre powody, żeby zachowywać się w stosunku do Mallory w sposób taki a nie inny i wyłączając analityczną część mózgu zaledwie odrobinę (a przy tego typu literaturze analiza nie jest wskazana) jesteśmy w stanie cieszyć się fabułą i rozwijającą się historią.
Poza tym jeden z głównych aspektów tej powieści jest jednocześnie jednym z największych jej atutów. Mowa o scenach erotycznych, które są naprawdę dobrze rozpisane. Autorki nie bawią się w jakieś specjalne udziwnienia, BDSM, gadżety i zabawki, nie ma też idiotycznych pseudo-poetyckich porównań typu „jego rycerz szturmował jej wieżę”, są za to mocne, gorące i odważne sceny, które podnoszą ciśnienie i wywołują na twarzach czytelniczek rumieńce. Mimo, że w książce jest ich bardzo dużo (ale w końcu to erotyk),nie są nudne i powtarzalne. Swoją drogą, nie polecam czytania tej książki w miejscach publicznych, bo jest mocno nieprzyzwoita i otoczenie może się domyślić po naszych reakcjach, że czytamy coś niegrzecznego :)

Minusem powieści jest, moim zdaniem, rozwiązanie kwestii ojca Milesa. Mogło być dużo ciekawiej i bardziej dramatycznie, ale autorki wolały się skupić na seksie i w sumie im się nie dziwię. Nie uniknęły też pewnych złych nawyków z poprzednich nowelek (nie mogę zdradzić jakich bez spojlerowania), ale i tak styl został zdecydowanie wygładzony i ulepszony. Jednocześnie cieszy mnie, że to nie jest cała saga. Wreszcie fabuła została upchnięta w jednej książce, a nie sztucznie rozdmuchana, żeby wypocić z tego dwa lub trzy tomy. Kolejny tom z tej serii będzie już dotyczył zupełnie innych bohaterów.

Oczywistym jest, że „Everything for Her” nie jest książką najwyższych lotów, ale nie jest to typ literatury, która aspiruje do takich poziomów. Ten typ powieści to tak zwane „guilty pleasure”, czyli coś, co sprawia nam frajdę, ale niespecjalnie chcemy się tym chwalić, ponieważ nie jest to zbyt ambitne. Jednocześnie, książka jest wciągająca, romantyczna i bardzo seksowna – idealna by zarwać dla niej noc i chcieć zamienić się miejscami z główną bohaterką.

„Everything for Her” nie jest jeszcze, niestety dostępne na polskim rynku, ale podejrzewam, że powinno niedługo się na mim ukazać, zapewne pod tytułem „Dla niej wszystko”. W międzyczasie polecam tę powieść wszystkim miłośniczkom ognistych romansów władających językiem angielskim i (najlepiej) posiadających czytnik ebooków. Książka idealna na zimowe noce – rozgrzewa lepiej niż koc elektryczny i grzane wino!