środa, 14 września 2016

KOD DA VINCI MADE IN POLAND - LESZEK HERMAN „SEDINUM”

Na książkę Leszka Hermana natknęłam się w Empiku. Stała sobie na półce z polską literaturą, taka piękna, gruba (prawie 800 stron), kusząc z okładki fragmentem renesansowego portretu. Szybkie spojrzenie na opis fabuły i kilka krótkich recenzji z internetu przekonały mnie, że to może być książka idealna dla mnie. Okazało się, że tym razem intuicja (i blogosfera) mnie nie zawiodła.

„Sedinum” w większości recenzji jest porównywane do „Kodu Leonarda Da Vinci” Dana Browna. To nie jest pierwsza książka (ani nawet nie setna), która jest porównywana do międzynarodowego bestselleru Browna,  często takie opisy można znaleźć nawet na okładkach powieści przygodowych, co potem w większym lub mniejszym stopniu pokrywa się z zawartością, ale tym razem uważam to nawiązanie za jak najbardziej trafne.

Akcja książki zaczyna się mocnym akcentem. W centrum Szczecina zapada się nowoczesny wieżowiec, odsłaniając przez przypadek wejście do starych podziemi miasta, a w nim niemiecką ciężarówkę z czasów drugiej wojny światowej z trupem żołnierza w środku. Zarówno historyczny ładunek ciężarówki jak i tajemniczy list, który kurczowo ściska w dłoni nieboszczyk prowadzą do skomplikowanych i nawarstwiających się tajemnic związanych z burzliwymi dziejami Szczecina. Tropem zagadki podąża architekt Igor, dziennikarka Paulina oraz Johann – młody, bogaty Anglik o niemieckich korzeniach. To niecodzienne trio musi jednak zmierzyć się nie tylko z tajemnicami Pomorza, ale również z potężnymi wrogami, którzy również chcą dojść do sedna zagadki.

Leszek Herman w mistrzowski sposób zbudował fabułę wciągającej powieści przygodowej za sprawą bardzo intrygującej tajemnicy oraz sympatycznych, inteligentnych bohaterów, którym bardzo łatwo kibicować. Igor, Paulina i Johann nie są może typowymi poszukiwaczami skarbów, ale ich młodość, inteligencja i entuzjazm pomagają im dojść do sedna tajemnicy nie tylko sprawnie, ale również w logiczny i wiarygodny sposób. Z drugiej strony czarne charaktery też są całkiem nieźle wykreowane, a plącząca się w samym środku tej historii była żona Igora stanowi jedną z najciekawszych postaci drugoplanowych książki.

Najmocniejszym akcentem powieści jest jednak, moim zdaniem, sama intryga oparta na burzliwej historii Szczecina i Pomorza. Okazuje się, że ten rejon Polski może bez problemu konkurować z Paryżem i Londynem z powieści Dana Browna. Szczecin jawi się w książce Hermana jako miasto o długich i skomplikowanych dziejach, niezwykłych władcach, tajemniczych stowarzyszeniach i zagadkach architektonicznych. Okazuje się, że nie tylko europejskie metropolie kryją w sobie wielowiekowe kody i symbole i wcale nie trzeba daleko szukać, żeby natknąć się na masonów i templariuszy. Po przeczytaniu „Sedinum” nabrałam ochoty, żeby natychmiast wybrać się na wycieczkę do Szczecina, który okazał się zdecydowanie bardziej interesującym miastem niż kiedykolwiek przypuszczałam.


Sam styl narracji Leszka Hermana jest elegancki i klarowny, dlatego książkę czyta się bardzo szybko i przyjemnie, nie ma w niej dłużyzn i nie da się przy niej nudzić. Zdecydowanie polecam tę pozycję wszystkim fanom zagadek z przeszłości i poszukiwania skarbów oraz wszystkim tym, którzy historię Polski uważają za jeszcze nie do końca zgłębioną. Myślę również, że fani przygód Roberta Langdona na pewno będą się świetnie bawić przy ich polskim odpowiedniku. Ja natomiast wpisuję Leszka Hermana na listę polskich autorów, których twórczość będę śledzić.

wtorek, 30 sierpnia 2016

MORDERSTWO ŚMIECHU WARTE - ALEK ROGOZIŃSKI "JAK CIĘ ZABIĆ, KOCHANIE"

Niedawno pisałam tutaj entuzjastyczną recenzję pierwszej książki Alka Rogozińskiego „Ukochany z piekła rodem”, przy której pisaniu, jestem przekonana, pomagała mu z zaświatów Joanna Chmielewska. Książka spodobała mi się na tyle, że natychmiast zamówiłam sobie egzemplarz najnowszej powieści Rogozińskiego „Jak cię zabić, kochanie?”, dość zresztą ostatnio intensywnie recenzowanej w blogosferze książkowej. Z przyjemnością zawiadamiam, że i tym razem nie zawiodłam się i spędziłam bardzo przyjemny wieczór w  towarzystwie tego autora.

„Jak cię zabić, kochanie?” to komedia pomyłek z lekką nutką kryminału. Główną bohaterką powieści jest trzydziestoletnia Kasia, która staje przed trudnym życiowym wyborem: jej postrzelona ciotka z Ameryki zapisała jej w testamencie jakieś nieokreślone bliżej góry pieniędzy, ale pod warunkiem, że doczeka się z mężem potomka w określonym terminie. Tymczasem termin zbliża się wielkimi krokami, potomka brak, a mąż Kasi zaczyna ją potężnie wkurzać. Na szczęście w testamencie ciotki jest też klauzula pozwalająca Kasi odziedziczyć fortunę w dolarach w przypadku opuszczenia przez wyżej wspomnianego małżonka tego łez padołu. Zaradna Kasia postanawia więc zamordować swoją drugą połowę. Jednocześnie do spadku po ciotce pchają się przedstawiciele kościoła, będącego drugim w kolejce beneficjentem, na czele z dwiema bardzo podejrzanymi zakonnicami…

W trzeciej z kolei powieści Alka Rogozińskiego zaczyna się wyraźnie klarować styl autora. Mniej już wieje z jego prozy Chmielewską, mniej jest jej firmowych określeń, za to więcej samego Rogozińskiego, który ewidentnie uwierzył w siebie i swoje możliwości i zaczął rozwijać skrzydła, co wyszło mu zdecydowanie na dobre, ponieważ „Jak cię zabić, kochanie?” jest o wiele zabawniejsze niż „Ukochany z piekła rodem”.

Już sam początek powieści jest rewelacyjny. Scena, w której Kasia planuje zabójstwo męża, jednocześnie piorąc już obrusy na stypę jest nie tylko niesamowicie śmieszna, ale też pokazuje unikalne zrozumienie autora dla kobiecego sposobu myślenia i kobiecej logiki, za co Rogoziński ma u mnie duży plus. Potem, oczywiście, akcja pięknie się rozkręca, jak to w komedii pomyłek. Niektóre wątki są bardziej realne, inne mniej, ale wszystkie są bardzo zabawne. W środku zaś jest scena, która doprowadziła mnie do stanu, w jakim nie byłam odkąd pierwszy raz przeczytałam „Lesia”. Czytałam sobie spokojnie, chichocząc dość często po cichu, kiedy nagle poczułam, że w środku robi mi się coś strasznego. Fala śmiechu wydobyła się gdzieś z głębi moich trzewi, wykręciła mnie w dziwnym paroksyzmie, żeby wreszcie wydostać się na zewnątrz w postaci dzikiego kwiku połączonego z rechotem, czkawką oraz łzami. W tym momencie cieszyłam się tylko, że znajduję się w zaciszu własnej sypialni i zdołałam jedynie wystraszyć śpiącego błogo psa. Przysięgam, że gdybym czytała tę scenę w miejscu publicznym, zostałabym zapewne uznana za wariatkę. W dalszej części książki jest zresztą jeszcze kilka takich perełek, więc te mało eleganckie kwiki wydobywały się ze mnie w miarę regularnie.

Właściwie znów mam w przypadku prozy Alka Rogozińskiego tylko jedną pretensję, mianowicie fakt, że książka za szybko mi się skończyła – jeden wieczór, cóż to jest? Jednocześnie uważam jej zakup za świetną inwestycję, ponieważ, jak wiadomo, śmiech to zdrowie, chociaż moje mięśnie brzucha nie były chyba przygotowane na tak potężną dawkę humoru. Po skończonej lekturze zaczęłam tę pozycję podtykać wszystkim dookoła, z przyjemnością słuchając chichotu kolejnych czytelników. Cieszę się, że mogłam się tym śmiechem podzielić z innymi w moim otoczeniu i mam cichą nadzieję, że dzięki tej recenzji może ktoś jeszcze przeczyta „Jak cię zabić, kochanie?” i również poprawi sobie humor. Ale czujcie się ostrzeżeni – czytanie w miejscach publicznych, szczególnie w naszym ponurym i skłonnym do narzekań społeczeństwie, może skutkować narobieniem sobie obciachu, względnie skierowaniem na badania psychiatryczne. Ale i tak warto :)



MÓZG (MĄŻ) POTRZEBNY NA JUŻ – MAŁGORZATA FALKOWSKA

Uwaga! Uwaga! Uprzedzam lojalnie, że recenzja zawiera  spojlery jak stąd do Afryki.

O, blogosfero książkowa, jakże mnie zawiodłaś! Do tej pory myślałam, że mogę na Tobie polegać i radośnie inwestować fundusze w dobre, sprawdzone książki a tymczasem taka wtopa…

Na jednym z bardzo przeze mnie lubianych blogów książkowych natknęłam się na recenzję książki „Mąż potrzebny na już”. Recenzja była bardzo pochlebna, powieść miała być lekka, zabawna, urocza i bardzo zgrabnie napisana. Po przeczytaniu krótkiego opisu treści miałam nadzieję na niezobowiązującą, humorystyczną komedię romantyczną, która uprzyjemni mi ostatni weekend wakacji, a tymczasem dostałam jakieś okropne, grafomańskie wypociny dla niedorozwiniętych umysłowo.
Główna bohaterka, Bernadetta Gałązka (swoją drogą jakież okropne imię bohaterki, to powinien być pierwszy sygnał ostrzegawczy, żeby tego nie czytać!) wraz ze swoimi pięcioma przyjaciółkami co roku spędza sylwestra w ten sam sposób: jest wino, są tańce i szaleństwa, jest wspólny seans „Króla Lwa” i są postanowienia noworoczne w postaci konkursu z niezłymi nawet nagrodami – w puli jest po tysiąc złotych od głowy. Postanowienia muszą jednak być poważne i trudne do spełnienia, Bernadetta postanawia więc po pijaku wyjechać z grubej rury i poprzysięga, że w ciągu najbliższego roku wyjdzie za mąż.

Berka (o Jezusie…) nie ma jednakże narzeczonego ani chłopaka, ani nawet widoków na żadnego, ale cóż to dla niej za problem! Przekonana (zupełnie zresztą bezpodstawnie) o swojej inteligencji i przebojowości, postanawia, że dwadzieścia osiem lat w staropanieństwie to już wystarczająco długo i trzeba natychmiast zorganizować sobie męża. W tym celu wymyśla sprytny plan poznania idealnego kandydata. Sprytny plan opiera się chyba na każdym banalnym zagraniu, do oporu wymęczonym przez filmowe i książkowe komedie romantyczne. W części randkowej książki mamy wszystkie klisze wszechświata: randka na siłowni, na meczu, w klubie, kurs tańca, ogłoszenia matrymonialne, swatanie, speed dating…w dodatku potencjalni partnerzy też podpadają pod najbardziej wyświechtane standardy. Jest więc: fanatyk fitnessu, playboy - podrywacz, żonaty szukający przygody, nudziarz, sknerus (a nawet dwóch), oderwany od życia naukowiec i dewot. Autorka nie próbuje nawet odrobinę wyjść poza najbardziej przerysowane schematy, każdemu facetowi poświęcając około pięciu stron i nie dając czytelnikowi możliwości zobaczenia w nich czegokolwiek poza ewidentnym świrem. Ja rozumiem, że w komediach romantycznych odrobinę przerysowana rzeczywistość ma na celu uzyskanie efektu komicznego, ale w tym przypadku autorce „odrobinę” pomyliło się z „całkowicie” i w rezultacie realizm, popiskując cichutko z zażenowania, opuścił karty powieści już po pierwszym rozdziale.

W dodatku sama Berka jest tak irytującą idiotką, że naprawdę ciężko jest jej dobrze życzyć. Tak, w każdym nowo napotkanym facecie należy wizualizować swojego przyszłego męża, najlepiej zanim jeszcze otworzy usta. Tak, to świetna strategia informować przypadkowo poznanych facetów, że chce się jak najszybciej wyjść za nich za mąż – to przecież wcale nie trąci desperacją. Tak, kręcenie biodrami, trzepotanie rzęsami i wulgarne odzywki to świetny sposób na poznanie poważnego kandydata na męża. Jeszcze lepszym pomysłem jest informowanie go o natychmiastowej chęci pójścia z nim do łóżka i nazywanie go „kotem” w pierwszej rozmowie telefonicznej. Jak to? Jemu zależy tylko na seksie bez zobowiązań? Co za świnia! Jak on mógł mnie potraktować jak tanią dziwkę! Serio? Serio?????????

Oczywiście czytelnik nie musi się wcale martwić o losy Berki, ponieważ na wyciągnięcie ręki jest największy banał wszechświata – współlokator i przyjaciel Karol, mężczyzna idealny, który w dogodnym momencie okazuje się jednak nie być gejem i zamiast tego zamienia się w zakochanego supermana, pewnym krokiem prowadzącego ukochaną w stronę upragnionego ołtarza. Mogłabym tu wstawić dodatkowe ostrzeżenie o spojlerze, ale dla każdego kto ma więcej niż dwie komórki mózgowe będzie ewidentne od początku powieści, że to Karol jest dla Berki „tym jedynym”.

Właściwie jedyna rzecz, która mnie zdziwiła w tej powieści to fakt, że Berka odkrywa swoje uczucia do Karola już mniej więcej w połowie książki a nie na samym końcu, ale kwestia szybko się wyjaśniła. Autorka chciała po prostu pofolgować sobie i opisać krok po kroku nudne przygotowania do ślubu, przy okazji zmieniając głównej bohaterce osobowość i przeistaczając ją w bezwolną amebę potulnie i posłusznie (to są przymiotniki używane przez samą autorkę) poddającą się woli narzeczonego – supermana, który co chwila ratuje wizję wymarzonego ślubu.

Drugim motywem przewodnim książki miała być babska przyjaźń i tu mnie znów ogarnął pusty śmiech, bo takiej „przyjaźni” jak żyję nie widziałam! Sześć „przyjaciółek” znających się od podstawówki spędza wspólny czas wyłącznie na ubliżaniu sobie wzajemnie. Żadna z opisanych koleżanek Berki nie wydaje się nawet odrobinę sympatyczna, wszystkie są głupie i wredne z jednym rażącym wyjątkiem Zosi, która jest tak koszmarną idiotką, że nie jest w stanie złożyć jednego poprawnego zdania w ojczystym języku. W założeniu pewnie miało być zabawnie, ale wyszło koszmarnie, szczególnie, że „przyjaciółki” regularnie szydzą z głupoty Zosi, nie zdając sobie chyba sprawy, że sam fakt utrzymywania z nią znajomości świadczy o nich jak najgorzej. Każda jedna rozmowa między kobietami opisana na łamach tej powieści to obrzydliwe i chamskie dogryzanie sobie, którego nie wyobrażam sobie nawet w najgorszej kłótni. W dodatku na samym końcu okazuje się, że „przyjaciółki” tak naprawdę kompletnie niczego o sobie wzajemnie nie wiedzą. Zajęte wyłącznie własnymi sprawami i jakimiś głupimi przepychankami przegapiły nawet ciążę jednej z nich i fakt posiadania przez nią 3 letniego dziecka oraz poważny związek drugiej. Faktycznie, głęboka „przyjaźń”.

W środku dostajemy jeszcze idiotyczne wątki poboczne typu pogrzeb chomika czy nieudana próba otrucia szefa, z której właściwie nie wiadomo co wynikło, po autorka ewidentnie sama się pogubiła. Zresztą najwyraźniej nikogo to nie obchodzi, z bohaterkami powieści na czele.

Jednym słowem powieść ukazuje kobiety w najgorszym stereotypowym wydaniu jako głupie, wredne, złośliwe, puste idiotki, które do życia potrzebują silnego męskiego ramienia i których nadrzędnym celem jest wyjście za mąż. Właściwie wszystkie relacje między kobietami w tej książce są patologiczne, Berka nienawidzi bowiem również własnej matki i siostry, a od każdej rozmowy mamy i babci Berki robiło mi się niedobrze. Do tego całkowicie przesłodzony i odrealniony Karol jako ten silny i mądry mężczyzna, który ratuje naszą głupiutką bohaterkę cierpliwie tłumacząc jej, że lewa rączka to ta z bransoletką…

To urocze dzieło dostajemy w równie uroczej oprawie. Wydawnictwo Videograf nie postarało się wcale i w książce wręcz roi się od błędów drukarskich a całość wydana jest zbyt jasną, niesamowicie męczącą czcionką.


Po przeczytaniu tej książki pozostało mi przekonanie, że zmarnowałam wydane na nią pieniądze, a przede wszystkim swój czas, bo uparłam się jak głupia, że ją doczytam do końca. Jedyna nauczka, jaką wyciągnęłam z tej przygody jest taka,  żeby przestać impulsywnie kupować wszystkie polecane na blogach książki, bo może się to skończyć nabyciem takiego koszmarku. 

wtorek, 16 sierpnia 2016

ROMANS Z TULIPANEM W TLE – DEBORAH MOGGACH „TULIPANOWA GORĄCZKA”

Ostatnio będąc w kinie obejrzałam zwiastun filmu „Tulipanowa gorączka” z Alicią Vikander i jakimś podejrzanie podobnym do młodego DiCaprio facetem w rolach głównych. Zwiastun zawierał w sobie mnóstwo interesujących mnie elementów, takich jak piękne kostiumy i rekwizyty oraz równie piękny wątek miłosny i jeszcze piękniejszą intrygę, a na końcu magiczne słowa „na podstawie bestsellera”. Natychmiast więc po wyjściu z kina poleciałam ogarniać ten bestseller, o którym mowa, święcie przekonana, że do premiery filmu pozostało niewiele czasu i muszę się bardzo spieszyć, żeby zdążyć przeczytać książkę zanim wybiorę się na to do kina, żeby móc sobie świętym prawem mola książkowego ponarzekać jaką to niedokładną adaptację zrobili i że „w książce było inaczej”. Okazuje się jednak, że do premiery filmu zostało jeszcze bardzo dużo czasu, ale ja już i tak zdążyłam książkę zaliczyć, więc chociaż nie pożałuję sobie recenzji :)

„Tulipanowa gorączka” to powieść, której akcja rozgrywa się w siedemnastowiecznej Holandii. Główną bohaterką książki jest Sophia, młoda kobieta, która zostaje wydana za dużo starszego zamożnego kupca Cornelisa. Trzy lata po ślubie Sophia wydaje się zupełnie zadowolona ze swojego życia, ale wszystko zmienia się, kiedy w jej progi zawita młody malarz Jan Van Loos, zakontraktowany przez Cornelisa żeby namalować ich portret małżeński. Wtedy właśnie Sophia po raz pierwszy poznaje, co to znaczy prawdziwa namiętność. Początkowo młodzi zakochani spotykają się wyłącznie przy okazji, ale, jak to zwykle bywa, apetyt rośnie w miarę jedzenia, wkrótce obmyślają więc karkołomny plan, dzięki któremu będą mogli być razem na zawsze. Częściami składowymi tego planu są również służąca Sophii, Maria, sama będąca w niezwykle trudnej sytuacji, oraz spekulacje cebulkami tulipanów.

Akcja powieści jest bardzo dynamiczna i niezwykle szybko posuwa się do przodu. Właściwie od strony pięćdziesiątej do końca jest to jedna wielka patatajka, bez żadnych dłużyzn. Z jednej strony to dobrze, bo dzięki temu książkę czyta się szybko i wzbudza wiele emocji, z drugiej jednak zabrakło mi rozwinięcia wątku spekulacji cebulkami tulipanów. Szaleństwo to, które ogarnęło Holandię w siedemnastym wieku, przypominało mocno współczesną grę na giełdzie, lecz fakt, że tym razem chodziło o coś tak ulotnego i delikatnego jak kwiaty, czynił całą tę sytuację o wiele bardziej kuriozalną. Liczyłam, że w powieści, której tytuł nawiązuje do tego unikalnego historycznego fenomenu, będziemy mieli dobrze rozwinięty wątek spekulacji, ale, niestety, pojawia się on niejako przy okazji i w bardzo okrojonej formie. Co prawda zakończenie tego wątku to prawdziwa „poetycka sprawiedliwość”, ale dla mnie to jednak nieco za mało, tym bardziej, że powieść ma zaledwie 244 strony, więc z powodzeniem można ją było nieco wydłużyć.

Mocnym akcentem książki są za to bohaterowie. Każdy rozdział skupia się na innym z nich, mamy więc pięknie splecione wątki Sophii, Jana, Cornelisa, lecz także służącej Sophii – Marii i jej ukochanego Willema, oraz jeden kluczowy rozdział śledzący służącego Jana – Gerrita. Dzięki temu czytelnik ma wgląd zarówno w perypetie wszystkich bohaterów, jak i w ich sposób myślenia i postrzegania świata. Postać Sophii wzbudziła we mnie mnóstwo współczucia. Jest to świetnie nakreślony portret młodej kobiety uwikłanej w małżeństwo z rozsądku, która próbuje radzić sobie w tej sytuacji najlepiej jak potrafi. Kiedy jednak po raz pierwszy w życiu autentycznie się zakochuje, nagle mąż zaczyna jej ciążyć jak jarzmo, a wypełnianie obowiązków małżeńskich zaczyna napawać ją przerażeniem i obrzydzeniem przywodząc ją do coraz bardziej desperackich kroków. Kulturowo utarło się, że starsi, bogaci mężczyźni zawsze szukali sobie dużo młodszych i atrakcyjniejszych partnerek. Ta książka dobitnie pokazuje idiotyzm takiego układu i okropną mękę kobiety do niego zmuszonej. Jednocześnie rozdziały pisane z perspektywy Cornelisa pokazują jak bardzo był on nieświadomy tej sytuacji, jak bardzo nie zastanawia się nad tym, że zaloty sześćdziesięciojednoletniego starucha do dwudziestoletniej dziewczyny są niesmaczne, a seks z nim raczej nie stanowi szczytu jej marzeń. Jednocześnie nie da się przeoczyć faktu, że Cornelis jest w gruncie rzeczy dobrym i uczciwym człowiekiem, który nie zasługuje na los, który szykuje mu żona. To właśnie olbrzymi konflikt moralny jest sercem tej powieści i ten wątek jest, moim zdaniem, poprowadzony rewelacyjnie.

 Dodatkowym smaczkiem powieści jest wątek siedemnastowiecznego holenderskiego malarstwa, pięknie wyeksponowany i wpleciony w główną akcję. Dla miłośników sztuki te fragmenty książki stanowią prawdziwą perełkę, dzięki nim ma się wrażenie, że niektóre słynne dzieła holenderskich mistrzów ożywają na kartach książki, że sceny na nich przedstawione nabierają głębi i ostrości, obrastają w swoją unikalną historię. Czytając „Tulipanową gorączkę” miałam pod ręką tableta i oglądałam w internecie wspominane w powieści obrazy, co bardzo podnosiło walory lektury.

Bardzo satysfakcjonujące jest dla mnie również zakończenie. Autorka ciekawie i logicznie pozamykała wszystkie wątki, co sprawiło, że po zakończeniu lektury miałam same przyjemne wrażenia. Nie ma tutaj niedopowiedzeń ani otwartych zakończeń, za co jestem autorce głęboko wdzięczna.

„Tulipanową gorączkę” polecam wszystkim wielbiciel(k)om romansów, powieści historycznych oraz fanom holenderskiego malarstwa. To krótka, ale bardzo satysfakcjonująca wycieczka do siedemnastowiecznego Amsterdamu, idealnie oddająca klimat tego miasta w okresie jego największego rozkwitu i upadku i skłaniająca do rozważań nad ludzką naturą.


wtorek, 9 sierpnia 2016

REINKARNACJA CHMIELEWSKIEJ – ALEK ROGOZIŃSKI „UKOCHANY Z PIEKŁA RODEM”


Odkąd zaczęłam uważnie śledzić polską blogosferę książkową, wydaję strasznie dużo pieniędzy na papierowe książki. Jak do tej pory, woląc czytać książki w oryginale, pobierałam sobie spokojnie anielskojęzyczne ebooki na czytnik, ale w jakimś momencie stwierdziłam, że polskiej literatury nie opłaca się czytać w wersji elektronicznej. Nie wiem, o co chodzi, ale zawsze jest to jakoś źle sformatowane i nieprzyjemnie się czyta, a w dodatku jest naprawdę niewielka różnica pomiędzy ceną ebooka a ceną książki na papierze, szczególnie jeśli wypatrzy się na nią jakąś dobrą promocję. W dodatku taką książkę można potem podrzucić do czytania rodzinie i znajomym, z czego płynie dodatkowa korzyść dla otoczenia.

Zastanawiające jednak jest to, jak długo żyłam w przeświadczeniu, że w polskiej literaturze nie dzieje się kompletnie nic ciekawego, oprócz kolejnych popłuczyn po Bridget Jones i jakiś przesłodzonych romansów dla kobiet w średnim wieku. Moje poglądy zmieniły się o 180 stopni przy pierwszym zetknięciu z twórczością Zygmunta Miłoszewskiego, ale potem okazało się, że oprócz Miłoszewskiego jest jeszcze cały zestaw nazwisk, które wypada znać. Wśród nich jest Katarzyna Bonda, Remigiusz Mróz i właśnie Alek Rogoziński, którego będzie dotyczył dzisiejszy wpis.

Rogoziński dość mocno różni się od wymienionych w poprzednim akapicie pisarzy, ponieważ pisze w nieco innym gatunku, jego książki to nie ponure kryminały, tylko lekkie komedie kryminalne. „Ukochany z piekła rodem” to jego pierwsza powieść, której głównymi bohaterkami są Joanna – autorka poczytnych romansów, oraz jej managerka Beata, zdrobniale zwana Betty. Kiedy w tajemniczych okolicznościach ginie świeżo poderwany przez Joannę młody fotograf, na jaw zaczynają wychodzić coraz bardziej niewygodne fakty z jego przeszłości, a krąg podejrzanych staje się coraz większy. Joanna i Betty, niedowierzając w skuteczność polskich organów ścigania, postanawiają przeprowadzić własne śledztwo, żeby ustalić tożsamość mordercy.

Muszę przyznać, że od pierwszej strony miałam wrażenie, że czytam nową powieść Joanny Chmielewskiej. Ciarki po plecach latały mi przy tym z dwóch powodów: po pierwsze dlatego, że Chmielewska, niestety, już nie żyje, a po drugie dlatego, że w ostatnich latach „produkcyjnych” jej twórczość zaczęła się robić wtórna i nudnawa (to stwierdzenie sprawia mi olbrzymi ból, ponieważ Joanna Chmielewska to dla mnie pisarka tak kultowa, że właściwie uważam ją za członka rodziny), tymczasem tutaj dostałam książkę jak za najlepszych czasów królowej polskiego kryminału! Dialogi Joanny i Betty jako żywo przypominają te rozgrywające się pomiędzy Chmielewską a jej przyjaciółką Alicją prezentowane na łamach kilku jej najpopularniejszych powieści – jest to taki sam rodzaj łagodnego, dobrodusznego dogryzania sobie. Język powieści też jest zupełnie „Chmielewski” – podobne zwroty, podobne porównania itd. I w tym momencie chciałabym podkreślić jedną rzecz – to NIE JEST zarzut pod adresem Rogozińskiego! Wręcz przeciwnie – to jest komplement! Często się słyszy, szczególnie w muzyce, że jakiśtam zespół inspirował się innym, wcześniejszym zespołem i to się odbija w jego muzyce, ale to wcale nie znaczy, że ta muzyka nie jest świetna i nie zasługuje na uznanie. Dokładnie tak samo widzę twórczość Alka Rogozińskiego – fakt, że inspirował się Chmielewską i tworzy w jej stylu przemawia, według mnie, na jego korzyść, ponieważ twórczość Chmielewskiej jest tak rewelacyjna, że warto jest kontynuować jej tradycję, warto naśladować jej styl, jednocześnie tworząc coś nowego, świeżego i z biglem. I to właśnie udało się Rogozińskiemu.

Drugim olbrzymim atutem książki jest wykorzystanie przez autora jego doświadczenia z pracy w czasopiśmie „Party”. Dzięki niemu dostajemy uroczo złośliwy i bardzo prawdziwy obraz światka polskich celebrytów oraz dziennikarzy zajmujących się ich życiem. Nie wiem, czy książkę miała w ręku Edyta Górniak, ale jeśli tak to ciekawa jestem czy choć przez moment zadumała się nad swoją jakże trafną karykaturą w postaci trzecioplanowej bohaterki Klaudii Hutniak. Jest to postać opisana tak barwnie, tak ironicznie i złośliwie a przy tym tak trafnie, że sama już nie wiem, czy to jest prztyczek w nos, czy hołd złożony naszej rodzimej „diwie”.
Moim zdaniem powieść ma tylko jeden mankament – jest zdecydowanie zbyt krótka. Marzy mi się, żeby Alek Rogoziński napisał coś na 500 stron, ponieważ świetnie bawiłam się przy lekturze „Ukochanego z piekła rodem” i chętnie poczytałabym go dłużej, a tymczasem już mi się skończył. Z wielką przyjemnością zainwestuję w kolejne powieści tego autora i mam zamiar również podetknąć je mojej mamie, która jest wielką fanką Chmielewskiej.


Jednym słowem – Panie Alku – dobra robota i proszę o więcej, a jeśli przypadkiem stanowi Pan medium i przez Pana palce na klawiaturze komunikuje się z nami z zaświatów królowa polskiego kryminału – bardzo proszę wystrzegać się jak ognia wszelkich egzorcyzmów i unikać wody święconej tylko pisać dalej! Na mojej półce znajdzie się miejsce na wszystkie Pana książki. Staną sobie koło „Lesia” i „Całego zdania nieboszczyka” i myślę, że będą tam na swoim miejscu.

sobota, 16 lipca 2016

WIELKI BAŁAGAN I WKURZONY MIŁOSZEWSKI – VERA FALSKY „SZCZĘŚLIWE ZAKOŃCZENIE”

Vera Falski to niezwykle tajemnicza autorka. Właściwie nawet nie wiadomo, czy to autorka, bo to nie jest prawdziwe nazwisko, tylko pseudonim literacki. Hipotez jest wiele: że to znany pisarz, który w wolnych chwilach tworzy literaturę kobiecą, ale nie chce się do tego publicznie przyznać, że to duet dwóch znanych pisarek, że to dziennikarka albo ktoś obeznany dobrze z polskim show businessem, komu nie na rękę się ujawniać, albo po prostu, że to taki chwyt marketingowy i nie ma w tym większej filozofii, oprócz chęci wzbudzenia zainteresowania czytelników i wypromowania książki. Wydaje mi się, że jakikolwiek jest powód ukrywania się pod pseudonimem, obecnie Vera Falski autentycznie musi (lub muszą) to robić do końca życia, albowiem Zygmunt Miłoszewski na swoim Facebooku odgraża się, że się dowie, kto to jest i nie przepuści tej osobie. A jeśli nawet pan Miłoszewski stwierdzi, że mu się nie chce i jednak da sobie spokój z szukaniem zemsty, to na pewno rzesze jego fanów (a raczej fanek) nie odpuszczą aż pomszczą mistrza. Ja zaś jestem gotowa w każdej chwili przyłączyć się do tego wściekłego tłumu J

Swoją drogą, to nie jest tak, że „Szczęśliwe zakończenie” to zła książka. Wręcz przeciwnie, to jest naprawdę niezła książka, której przeczytanie sprawiło mi dużą radochę. Na fabułę powieści składa się historia Sabiny Czerniak, pisarki, od kilku lat lansowanej na królową polskiej literatury kobiecej. Pisząc pod pseudonimem Sonia Geppert, Sabina wylansowała cykl powieści o organizatorce ślubów Amelii Kruk, które zaowocowały bestsellerowymi nakładami, oraz kontraktami filmowymi i serialowymi, jednocześnie przynosząc pisarce sławę i olbrzymie pieniądze (swoją drogą tutaj już autorkę mocno poniosła wyobraźnia, bo takich kokosów w Polsce się na literaturze nie zarabia, nawet jeśli dodamy do tego te wszystkie poboczne kontrakty). Problem polega na tym, że Sabinę ogarniają mdłości na samą myśl o napisaniu kolejnego tomu o przygodach Amelii. Pisarka robi rachunek sumienia i postanawia radykalnie zmienić swoje życie, przez co robi się wokół niej ogromny bałagan.
No cóż, mam wrażenie, że to właśnie bałagan jest głównym bohaterem tej powieści.  Rozpętuje się on na wszystkich frontach życia Sabiny: zaczynając od jej pracy, poprzez relacje z mężem , córką i agentką, miejsce zamieszkania, przyjaciół, aż po seks i romanse.  Właściwie nie ma takiego obszaru życia naszej bohaterki, w którym nie panowałby gigantyczny zamęt. Z jednej strony jest to fajne, bo książkę dzięki temu szybko się czyta i nawet przez chwilę nie jest nudno, z drugiej zaś w jakimś momencie robi się to nieco męczące. W dodatku odkładając tę powieść tuż po jej przeczytaniu, nie jestem w stanie odpowiedzieć sobie na pytanie, o czym ona właściwie jest. O kryzysie wieku średniego? O potrzebie wyrwania się ze stagnacji? O tym, że najważniejsza jest wolność? O miłości? O blaskach i cieniach życia pisarza? Wszystkiego tu właściwie jest po trochu, co, niestety, powoduje, że pewne wątki zostają w jakimś momencie domknięte w pośpiechu, co wyraźnie rzutuje na ich jakość. Mam wrażenie, że książce wyszłoby na dobre, gdyby główna bohaterka nie miała aż tak zagmatwanego życia.

Jednym z największych plusów „Szczęśliwego zakończenia” jest z całą pewnością styl. Vera Falski, kimkolwiek jest, ma niewątpliwie świetne, ostre pióro. Książka jest pełna zabawnych dialogów i opisów, które sprawiały, że w wielu miejscach wybuchałam głośnym śmiechem, wyrywając z błogiego snu mojego psa.  Rewelacyjnie opisane kulisy polskiego show businessu, oraz światek zblazowanej „warszaffki”, stanowią jedne z najmocniejszych punktów fabuły i obnażają całe zakłamanie i sztuczny lans tego środowiska.

Z kolei największym minusem jest, moim zdaniem, wątek męża i córki głównej bohaterki. Falski przez całą powieść doskonale sobie radzi z opisami stanów emocjonalnych Sabiny, sprawiając, że bohaterka jawi nam się jako osoba z krwi i kości, ale to wszystko znika, kiedy tylko na horyzoncie pojawia się jej mąż. Wtedy nagle Sabina zmienia się w nieczułego robota. Nie ma w niej nawet chwili zastanowienia nad sytuacją, nie ma analizy uczuć. Traktuje swojego męża strasznie przedmiotowo i z kompletnym pominięciem sfery emocjonalnej, co wydaje się nie tylko zimne i okrutne, ale też kompletnie nierealne na tle innych jej reakcji. Zresztą sam Andrzej Czerniak jest postacią tak fatalnie skonstruowaną, że nie nabiera realizmu nawet przez sekundę i jest ewidentne, że autorka chciała tę postać odbębnić i zostawić w tle. Z kolei córka bohaterki jest tak koszmarnie irytująca, że przez cały czas miałam jej ochotę spuścić potężne manto. Ta postać jest całkiem ciekawie skonstruowana, chociaż mocno przerysowana (mam nadzieję, że takie kompletne idiotki w naturze jednak nie występują), a na koniec nawet Sabinie wreszcie udaje się nieco dojść z nią do ładu, ale do tego czasu mój poziom agresji w odniesieniu do tej postaci był już tak wysoki, że takie umiarkowanie zakończenie jej wątku kompletnie mnie nie satysfakcjonowało.

Na koniec zostaje wspomniany na początku tej recenzji Zygmunt Miłoszewski. O co chodzi?, zapytacie. Chodzi o to, że w książce pojawia się cały zestaw postaci opartych na polskich celebrytach świata mediów wszelakich i jedną z tych postaci jest niejaki Mariusz Zygmuntowicz, król polskiego kryminału, zmęczony już produkowaniem kolejnych przygód swojego najsłynniejszego bohatera o wdzięcznym imieniu Teodor. Brzmi znajomo? Oczywiście, że tak, bo Falski nawet nie udaje, że chodzi jej tu o kogoś innego niż Miłoszewski. Na początku myślałam, że autorka ma po prostu fantazje na temat Miłoszewskiego (zresztą nie ona jedna J ), co byłoby dla mnie kompletnie zrozumiałe, ale potem ta postać przechodzi niesamowitą metamorfozę i to bynajmniej nie pozytywną. Nie chcę tutaj zdradzać żadnych szczegółów, ale Miłoszewski ma, moim zdaniem, pełne prawo pałać żądzą zemsty. Ciekawe, swoją drogą, czym tak zalazł za skórę osobie, która ukrywa się pod pseudonimem Vera Falski. Kiedy już w końcu świat się dowie, kto napisał „Szczęśliwe zakończenie” (a na pewno się dowie), pewnie się okaże, że Miłoszewski zmiażdżył w jakimś momencie tę osobę jednym ze swoich przerażająco celnych komentarzy i teraz spotkała go za to kara w postaci Mariusza Zygmuntowicza.


Nie da się jednak ukryć, że „Szczęśliwe zakończenie” dostarczyło mi mnóstwo frajdy w ten deszczowy, lipcowy dzień. Książkę „łyknęłam” w ciągu kilku godzin, których nie uważam bynajmniej za stracone. Nie jest to może pozycja idealna, ale na tle nudnej i infantylnej polskiej literatury kobiecej jest jak powiew świeżego powietrza, bo Vera Falski, kimkolwiek jest ma pazur i świetne poczucie humoru. Niech się tylko odczepi od Zygmunta i będzie ok J

czwartek, 14 lipca 2016

WIĘKSZE SNY – „BEZCENNY” ZYGMUNTA MIŁOSZEWSKIEGO

Jest taka genialna scena w filmie „Incepcja”.  W stworzonym przez własne umysły incepcyjnym świecie bohaterowie zajmują się właśnie strzelaniną.  Młody mężczyzna strzela sobie ze zwykłego karabinu, kiedy nagle stojący obok bohater, grany przez jednego z moich ulubionych aktorów – Toma Hardy’ego, udziela mu bezcennej rady mówiąc „You mustn’t be afraid to dream a little bigger, darling” (nie możesz się obawiać śnić większe sny, mój drogi), po czym wyciąga broń, która bardziej przypomina działko przeciwlotnicze niż strzelbę i przyłącza się do wymiany ognia. Mam wrażenie, że ta rada pasowałaby jak ulał do polskich twórców kultury wszelakiej. Bo u nas w Polsce wszyscy boją się wyjść poza utarty schemat. Jeśli więc piszemy piosenki to wyłącznie bossa nowy, piosenki-żarty albo spokojne, popowe brzęczenie z ubogą aranżacją. Nasi wokaliści jedynie w programach typu talent show mogą pokazać swoje umiejętności wokalne i pojechać „na maxa” śpiewając zagraniczne przeboje wymagające odważnej wokalizy. Jeśli kręcimy filmy to wyłącznie komedie romantyczne albo ponure dramaty, bo to nam kiedyś wyszło raz czy drugi więc wyjdzie i po raz sto pięćdziesiąty. Nikt nie odważy się nakręcić na przykład filmu fantasy, albo horroru. Jeśli zaś piszemy książki, to albo kryminały albo romanse z jakimiś ładnymi pejzażami w tle. Okay, wyszło parę razy fajnie, ale czy to oznacza, że musimy się trzymać tej konwencji aż po grób? Zygmunt Miłoszewski udowadnia, że wcale nie.

Miłoszewski jest obecnie najbardziej przeze mnie szanowanym polskim pisarzem z kilku powodów. Przede wszystkim facet jest przerażająco wręcz inteligentny, co widać w jego twórczości. Czasami czytam w recenzjach zarzuty, że jego bohaterowie mocno ironizują, albo „wymądrzają się” na potęgę, ale mam wrażenie, że z ich wypowiedzi przebija osobowość samego autora, bo przecież już ludziom przeciętnie inteligentnym jest na tym świecie pełnym idiotów trudno, a co dopiero wybitnie inteligentnym. Nic dziwnego, że ironizują, to czasami jedyna forma przetrwania. Duży szacun ma też u mnie Miłoszewski za to, że eksperymentuje z różnymi gatunkami i w dodatku są to eksperymenty udane. Wszyscy wiedzą, że napisał kryminały o Teodorze Szackim, za które dostał nagrody, które są tłumaczone na wiele języków, cieszą się popularnością  w Polsce i na  świecie i w ogóle.  Ale nie wszyscy wiedzą, że Zygmunt Miłoszewski napisał również baśń, horror oraz książkę przygodowo-sensacyjną. Baśni nie czytałam, ale pozostałe dwa eksperymenty wyszły mu, moim zdaniem, znakomicie! I właśnie o tej ostatniej pozycji z jego repertuaru chciałabym tu napisać.

„Bezcenny” to powieść, która nasuwa niezliczone porównania z „Kodem Leonarda Da Vinci” Dana Browna, co jest jak najbardziej zrozumiałe, bo każda książka  zawierająca w sobie wątek dzieł sztuki, poszukiwań, tajnych kodów i wiadomości i grubych teorii spiskowych, które mogą wstrząsnąć światem ukrytych właśnie w tychże dziełach sztuki, automatycznie nasuwa skojarzenia z „Kodem…”. O książce Dana Browna napisano już właściwie wszystko i mimo zastrzeżeń do stylu autora, poziomu prozy czy samej fabuły, jakie można by wysunąć, prawda jest taka, że jest to światowy bestseller nie bez powodu. W „Bezcennym” znajdują się  te same elementy, które czynią książkę Browna tak poczytną: mamy wielką tajemnicę, wielkie dzieło sztuki (najcenniejszy zaginiony z polskich zbiorów obraz: „Portret młodzieńca” Rafaela), tajemniczych i potężnych adwersarzy oraz grupkę pasjonatów, szaleńców i straceńców, którzy zrobią wszystko, żeby rozwiązać zagadkę, odzyskać portret i odkryć przed światem trudną i niewygodną prawdę.

Akcja powieści toczy się niezwykle wartko i w dodatku nie trzyma się kurczowo jednego miejsca, a wręcz przeciwnie, razem z bohaterami udaje nam się zwiedzić niezły kawałek Polski i Europy. W dodatku książka obfituje w świetnie opisane sceny sensacyjne dużego kalibru, jak zamach terrorystyczny w kolejce górskiej w Tatrach, czy pościg samochodem po lodzie (podczas czytania tej sceny cały czas w moim mózgu pojawiała się myśl „nie mogę uwierzyć, że to Polak napisał!”), przedstawione z niesamowitym rozmachem i w rewelacyjnym tempie. Do tego galeria niebanalnych bohaterów na miarę Roberta Langdona no i zakończenie, niezwykle odważne, niepoprawne politycznie i bardzo, bardzo ciekawe, a w dodatku oparte na polskiej historii. A wszystko to napisane unikalnym, ironiczno-sarkastycznym stylem zdradzającym nieprzeciętną inteligencję autora.


Nie wiem dlaczego, ale „Bezcenny” spotkał się ze sporą krytyką osób, które  mają Miłoszewskiemu za złe, że nie napisał kolejnego kryminału o Szackim, a tymczasem ja mam wrażenie, że ta książka jest najlepszą w dorobku autora i idealnie nadawałaby się na wysokobudżetowy film. Niestety, jestem przekonana, że taki film nie powstanie, bo przecież w Polsce nie kręci się filmów z takim rozmachem i o takiej tematyce. A szkoda, bo Zygmunt Miłoszewski udowadnia nam swoją powieścią, że warto jest śnić nieco większe sny i wychodzić poza utarte schematy, bo efekty mogą przejść nasze najśmielsze oczekiwania.